Byliśmy i widzieliśmy, co znaczą wyścigi Endurance. To sport dla dużych chłopców z kamiennym przyrodzeniem i kondycją wielbłąda. Do tego należy dodać rzeszę najsprawniejszych mechaników, szefów zespołów i kucharzy dbających o to, by w dzień i w nocy cała ta banda miała co jeść i pić.

Najstarsi bywalcy Bol D’or nie pamiętają podobno wyścigu z taką liczbą wypadków, dramatycznych sytuacji i najbardziej nieprzewidywalnych zbiegów okoliczności, jakie miały miejsce podczas 74. edycji klasyka wyścigów długodystansowych. Odpadło wiele zespołów, które miały ambicje walczyć o tytuł Mistrzów Świata (np. YART). Podczas gdy mechanicy przygotowywali sprzęt do późnych godzin nocnych, na pobliskich polach namiotowych trwała zabawa rodem z serii filmów Mad Max. Namioty, przyczepy i wszelkie jeździła składały się na obraz miasteczka utworzonego gdzieś na odludziu przez zdziczałych osobników, którzy przetrwali atomową zagładę, a ich główną rozrywką jest destrukcja wszelkich pojazdów mechanicznych. Tego opisać się nie da, to trzeba zobaczyć. Udało nam się pozyskać niezły materiał wideo, więc czekajcie cierpliwie – już niedługo specjalny klip z pól kempingowych przy torze Magny Course.
 
Sam park maszyn, boksy i pit lane to zderzenie dwóch światów. Z jednej strony profesjonalne zespoły, wsparcie producentów, zawodnicy znani na całym świecie, z drugiej ludzie, którzy spełniają swoje marzenie o starcie w wyścigu, chcący się sprawdzić i mieć co wspominać. Jedni z pełną pompą, inni w obdartych kombinezonach. Jednak każdy traktowany jest z szacunkiem; tu nie ma lepszych i gorszych. W ciągu 24 godzin jazdy może zdarzyć się wszystko.
 
Polski akcent podczas tegorocznego Bol d’Or, niezmordowany Paweł Szkopek, wszedł najpierw w skład zespołu Yamaha Austria Racing Team jako zawodnik rezerwowy, a w wyścigu wystartował w barwach słowackiego BK Maco Racing, gdzie wraz z Jasonem Pridmore i Danim Ribalta wywalczyli szóste miejsce w Formula EWC, królewskiej klasie w wyścigach Endurance. Wynik imponujący, biorąc pod uwagę warunki, jakie panowały na torze – mnóstwo rozlanego oleju, szczątki rozbitych motocykli… Nie zabrakło dramatycznych sytuacji, a sama końcówka wyścigu, kiedy Jason przez 20 minut jechał z uszkodzonym łożyskiem zabieraka tylnego koła, przyprawiała wszystkich o stan przedzawałowy. Kiedy motocykle przekraczały kolejno linię mety, napięcie powoli opadało, adrenalina przestawała działać, a wszyscy poczuli zmęczenie po ponad dobie na nogach z kilkunastominutowymi drzemkami w międzyczasie, mnóstwie wypalonych papierosów i hektolitrach wypitej kawy.
 
Już wkrótce przedstawimy Wam pełen reportaż o tym, czym są wyścigi Endurance i jak to naprawdę wygląda.