Harley-Davidson Breakout to nowość segmentu premium w ofercie marki. Korzysta ze sprawdzonych rozwiązań swoich starszych braci, ale projektanci nadali mu nowoczesny, a zarazem przypominający dragstery z lat 50. i 60., wygląd. Co warte uwagi, w momencie gdy dostaliśmy motocykl do testu, pojawił się dylemat znany głównie płci pięknej: „w co się ubrać ?”. Breakout czerpie trochę z powercruisera, trochę z dragstera, w związku z czym otwarty kask i klasyczny strój nie za bardzo korelowały z dynamicznym charakterem motocykla. Dobranie akcesoriów i stroju zależne będzie zapewne od podejścia i gustu motocyklisty, ale nam najbardziej pasowały półsportowa kurtka i sportowy, integralny kask. Bo jak inaczej podejść do tematu, skoro pod czterema literami pracuje silnik o pojemności 1690 cm³, a sylwetkę o zaczepnym charakterze wieńczy tylna opona o szerokości 240 mm ? Do silnika jeszcze przejdziemy, skupmy się na razie na wyglądzie motocykla.

DESIGN

Kiedy odbierałem motocykl do testu, pierwsze spojrzenie z daleka wskazywało, że kilka najbliższych dni dane mi będzie spędzić na średniej wielkości maszynie, z dynamicznie narysowaną linią. Może wrażenie to potęgował stojący obok na parkingu 883 Roadster, gdyż po zbliżeniu się do Breakout’a filigranowość szybko zniknęła, przechodząc w znane uczucie pod hasłem „No, no, fajnie będzie”. 21-calowe przednie koło z daleko wysuniętym widelcem, szeroka kierownica z lusterkami na krótkich, customowych wręcz mocowaniach i wmontowanym w nią zegarem, długi bak przechodzący w szerokie siodło, a na zwieńczenie dzieła odsłaniający szeroką oponę błotnik ze światłami LED zintegrowanymi w tylnych kierunkowskazach. Trzeba przyznać, że wygląd motocykla wzbudza bardzo duże zainteresowanie, co przetestowaliśmy stawiając motocykl (oczywiście za odpowiednim pozwoleniem) na pół godziny na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, wśród „zwykłych” maszyn – Harley-Davidson Breakout przyciągał wzrok niemal każdego przechodnia. Testowaliśmy model w kolorze „Ember Red Sunglo”, który moim zdaniem doskonale podkreśla charakter i linię motocykla. Gdy oddawaliśmy nasz egzemplarz, do salonu przyjechał Breakout w kolorze czarnym – to już nie to samo, ale o gustach się nie dyskutuje. Wzrok przyciągają również lakierowane na czarno aluminiowe koła, z frezowanymi rantami i ramionami – całość wygląda naprawdę ciekawie, wkomponowując się w liczne chromowane elementy nadwozia Harleya. Gdy jesteśmy przy kołach, warto wspomnieć o błotnikach gdyż producent chwali się, iż skrócił je do minimum zgodnego z przepisami. Z tyłu zabieg ten nie ma żadnych skutków ubocznych, jednakże jadąc w deszczu z większą prędkością cała woda wyrzucana przez przednie koło ląduje na kierowcy – średnio przyjemne uczucie.

SILNIK/NAPĘD

Harley do Breakout’a wsadził chłodzony powietrzem silnik Twin Cam 103B o słusznej pojemności 1690 cm³, który w połączeniu z 6-biegową skrzynią zapewnia nie tylko doskonałą elastyczność i komfort jazdy, ale przede wszystkim dużą dawkę frajdy. Ze specyfikacji technicznej silnika warto przytoczyć jedną wartość – maksymalny moment obrotowy wynoszący 130 Nm przy 3000 obrotów na minutę. Dzięki niemu jeździ się tym motocyklem bardzo przyjemnie, począwszy od spokojnego „pyrkotania” na szóstce z prędkością 80-90 km/h, a skończywszy na doskonałym przyspieszeniu gdy chcemy zacząć dzień z dawką adrenaliny w postaci jeszcze naturalniejszej niż aromatyczna kawa. Ruszenie z dwójki – bez jakiegokolwiek protestu. Szybkie wystrzelenie spod świateł – od samego dołu, z nieukrywaną przyjemnością. O cicho i bez szarpnięć działającym pasku napędowym nie ma co się rozpisywać. Również biegi wchodzą precyzyjnie, ale wymagają zdecydowania – niechlujność lub zapomnienie o odpuszczeniu do końca dźwigni wbitego biegu skutkują koniecznością poprawy i zbesztania w duchu samego siebie. Gdy wbije się 6 bieg, na zegarze zapala się na zielono „6”, informując, że oto nadszedł moment początku kolekcji owadów na kasku – przy 160 km/h motocykl cały czas chętnie przyspiesza dalej, a ja zaczynam nierówną walkę z napierającym powietrzem.

 

PODWOZIE

O zawieszeniu można powiedzieć, iż dobrane jest neutralnie. Harley-Davidson Breakout nie został stworzony do pokonywania zakrętów, jednakże nawet składanie się na niewielkich nierównościach nie wyprowadza motocykla z obranego toru jazdy. Zresztą, zanim pomyślimy o mocniejszym pochyleniu, do głosu dochodzą podnóżki, dosadnym chrobotaniem przypominając o swym istnieniu. Z racji nieco dragsterowej pozycji, z nogami i rękami wyciągniętymi do przodu, przy większych nierównościach czujemy jak skraca nam się kręgosłup. Jednakże tragedii na tym polu nie ma – tylne zawieszenie skutecznie walczy z polskimi realiami, przepuszczając działające na kręgosłup siły jedynie na dużych dziurach. Ogólnie bardzo na plus.

HAMULCE

Na tym polu ekipie z Harleya należy się rózga pod choinkę, czy też w jakiejkolwiek innej formie. I to duża rózga. Tylny, dwutłoczkowy hamulec, w połączeniu z dużą powierzchnią styku z asfaltem 240 mm opony, robi naprawdę fajną robotę. Ale przedni, w którym do pracy zabiera się pojedyncza tarcza z 4-tłoczkowym zaciskiem, to jak na możliwości motocykla, i masę wynoszącą ponad 320 kg, zdecydowanie za mało. W ruchu miejskim zastosowany układ hamulcowy jest wystarczający, ale w momencie kiedy do krwi dostanie się trochę adrenaliny, wyhamowanie nielekkiego motocykla jest jak gra w ruletkę: „uda się albo się nie uda”. Druga tarcza z przodu prawdopodobnie rozwiązałaby problem, a na pewno poprawiłaby bezpieczeństwo i spokój kierowcy. W skrajnych sytuacjach czuwa nad nami ABS, działając trochę brutalnie, ale co najważniejsze, skutecznie.

JAZDA/ERGONOMIA

Zanim odebrałem kluczyki (jakie kluczyki, bezprzewodowy brelok którego nawet nie musisz wyjmować z kieszeni), zastanawiałem się ile czasu zajmie mi przyzwyczajenie się do pozycji którą w motocyklach średnio lubię. Ku mojemu zdziwieniu, pełna symbioza nastąpiła po przejechaniu kilkuset metrów – ten motocykl można pod tym względem szybko polubić. Ale dalej już nie będzie tak cudownie, gdyż kilka elementów najzwyczajniej przeszkadza w czerpaniu pełnej przyjemności z jazdy. Tym co najbardziej mnie, delikatnie mówiąc, wkurzało w nowym Harleyu, jest system kierunkowskazów. A raczej pokręcony, automatyczny system ich wyłączania. Wyobraź sobie że stoisz na światłach i wciskasz jeden z dwóch przycisków (osobno przycisk włączający lewy kierunkowskaz z lewej strony kierownicy, analogicznie prawa strona) oficjalnie zamierzając poinformować otoczenie o swych zamiarach. System wyłączy kierunkowskaz po przebyciu zakrętu i przywróceniu motocykla do pionu. Ale w tym problem że nie zawsze tak się dzieje, lub dzieje się z opóźnieniem. Sprowadza się to do tego, iż czasami jedziesz z włączonym kierunkowskazem, lub chcąc go wyłączyć włączasz go ponownie, gdyż przed ułamkiem sekundy właśnie się wyłączył. Zahacza trochę o horror, ale jest łatwy sposób jak sobie z fantem poradzić – wystarczy pamiętać o wyłączeniu kierunkowskazu jeszcze w trakcie pokonywania zakrętu. Drugim elementem, który potrafi co nieco przeszkadzać, jest bardzo długi skok manetki gazu. Kiedy chce się naprawdę szybko oddalić spod świateł, a silnik wraz ze wzrostem obrotów wręcz do tego prowokuje, jest się zmuszonym do zdecydowanej ekwilibrystyki prawego nadgarstka. Trochę krótszy zakres działania manetki pozwoliłby na uniknięcie bólu ręki, ale może Harley zabieg ten przeprowadził celowo aby choć trochę zbliżyć realne spalanie do podawanego w oficjalnych materiałach. Podawane średnie spalanie motocykla na poziomie 5,5 litra jest nierealne – przy dynamicznej, ale rozsądnej zarazem jeździe, spalanie oscylowało w granicach 7-8 l/100 km. Przydatnym gadżetem jest wbudowany w prędkościomierz komputer, który oprócz standardowych przebiegów może pokazywać również wbity bieg z aktualnymi obrotami silnika, a także dystans jaki pozostał do osiągnięcia pustki w baku. Wszystko sterowane przyciskiem przy lewym kierunkowskazie, więc nie ma potrzeby odrywania rąk od kierownicy. Mała rzecz, a cieszy.

PODSUMOWANIE

Przyznaję, Harley-Davidson Breakout pozytywnie mnie zaskoczył. Kilka upierdliwych elementów początkowo próbowało zepsuć przyjemność z jazdy, ale przy całokształcie motocykla da się je zaakceptować i przyjąć z dorobkiem inwentarza. Harley wyprodukował naprawdę fajną maszynę, kierując ją do młodszego i bardziej dynamicznego klienta niż w przypadku pozostałych motocykli z oferty. Spełnia wymogi które tego typu motocyklowi można postawić – wygląda świetnie, przyciągając wzrok każdego kto znajdzie się w jego okolicy, za sprawą mocnego silnika i dobrze zestrojonego zawieszenia daje masę frajdy z jazdy, a jednocześnie nie jest stricte customową maszyną której masz dość po 100 km jazdy. Ma jeden mały feler, ale na szczęście boli on tylko raz i przez chwilę – jego cena na polskim rynku oscyluje w granicach 90.000 zł, ale za to dostajemy urokliwy, i dający potężną dawkę frajdy, motocykl. Coś za coś. 

 

fotografia: Marcin Jóźwiak

 

Sprawdź też nasz test drugiej nowości Harley-Davidson na 2013

Harley-Davidson Sportster 1200 Custom

Więcej w Testy Moto
Suzuki Hayabusa – starcie dwóch generacji

W 1999 r. Suzuki, aktywnie walczące o palmę pierwszeństwa wśród producentów najszybszych motocykli seryjnych, zaprezentowało GSX1300R Hayabusę. Jej przydomek to...

Zamknij