Daniel Kwiatkowski: Jak zacząłeś swoją przygodę ze stunt’em, ile lat trenujesz i jakimi motocyklami dotąd jeździłeś?
Adrian Pasek: Zaczęło się od tego, że śmigałem wyczynowo na rowerze, lecz problemy z kręgosłupem nie pozwalały mi na dalszą jazdę. Rodzice zaproponowali, że kupią mi skuter. Pomyślałem, że może to być dobra alternatywa. Obejrzałem mnóstwo filmików francuskiej ekipy „One Wheel Team” i od razu się w to wkręciłem. Mój pierwszy motor to Yamaha Aerox 50 ccm. Przez pierwszy rok śmigałem nim w pełnej serii, dopiero po roku troszkę go stunignowałem. Wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa. Po dwóch latach męki na skuterze nadszedł czas na większy motor. Zdecydowałem się wtedy na Hondę CB500. Pośmigałem na niej pół roku, żeby załapać jakieś podstawy w jeździe na dużym moto. Po tym czasie zmieniłem CB na Hondę CBR f4i i jeżdżę na niej do dzisiaj. W sumie śmigam już lekko ponad 3 lata, teraz leci 4 sezon.


DK: Którą z odwiedzonych imprez/miejscówek wspominasz najlepiej? Wolisz „niepisane” ustawki czy oficjalne zawody?
AP: Najlepiej wspominam Borsk! Naprawdę konkretnie obszerna miejscówka i dobra nawierzchnia, nie zapominając oczywiście o klimacie i ludziach, którzy go tworzą. Obstawiam raczej na niepisane ustawki. Nie ma tam żadnych reguł, według których trzeba śmigać, nie ma żadnego planu imprezy, po prostu każdy robi co chce. Choć tegoroczna edycja Extreme Moto także bardzo mi się podobała i naprawdę było świetnie.


DK: A co z tegorocznego Extreme Moto najbardziej utkwiło Ci w pamięci?
AP: Najlepiej utkwiła mi w pamięci atmosfera, jaka tam panowała. Każdy musi spróbować tego na własnej skórze, ciężko opisać to słowami.


DK: Co myślisz o akcjach zwanych „terrorem miasta”? Uważasz to za głupotę i brawurę czy część uroku tego sportu?
AP: To jest chyba najlepsze, co może być w tym sporcie. Dopiero wtedy odczuwa się jego prawdziwą magię. Oczywiście muszą być zachowane pewne środki ostrożności, jak np. śmiganie w miejscu, gdzie nie ma przechodniów. Najlepiej jeździć w ekipie kilkunastoosobowej, gdzie reszta brygady może nas ubezpieczać.

DK: Brałeś udział w jakiejś imprezie poza granicami naszego kraju?
AP: Nie, jeszcze nie miałem okazji spróbować swoich sił z obcymi stunterami. Ale myślę, że niedługo będzie to możliwe i pokażę na co mnie stać.

DK:Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?
AP: Za największe moje osiągnięcie uważam różne kombinacje podczas cyrkli i HighChair cyrkle, które prawdopodobnie wykręciłem w Polsce jako pierwszy.


DK:Przygotowujesz się do zawodów w jakiś specjalny sposób?
AP: Nie, raczej nic specjalnego nie robię. Trenuję normalnie, jak co dzień i 3 dni przed zawodami przestaję jeździć, żeby odpocząć przed startem.

DK:Czy planujesz swój przejazd przed zawodami? Jakie emocje towarzyszą Ci podczas trwania konkursu?
AP: Dotychczas udział w zawodach brałem tylko raz i przejazd zaplanowałem we własnych myślach. Przemyślałem jedynie jakie tricki musze wykonać. Żadnego dokładnego planu nie miałem. Gdy zaczynam jeździć, na początku ogarnia mnie duży stres, lecz gdy tylko usłyszę publikę, od razu się luzuję i wtedy zaczyna się zabawa.

DK: Jak oceniasz poziom freestyle’u w Polsce? Co możesz powiedzieć o klimacie panującym na tej scenie?
AP: Uważam, że w porównaniu do ubiegłego roku poziom naprawdę się podniósł. To, co pokazywali zawodnicy w tym roku na Extreme Moto można porównać z umiejętnościami zagranicznych stunterów. Klimat bardzo mi odpowiada. Wszyscy trzymają się razem, z każdym można pogadać, każdy każdemu pomaga jak tylko może. Po prostu jest to jedna wielka rodzina. Wiadomo, trafiają się też inni ludzie, którzy psują atmosferę, ale takich najlepiej unikać.

DK:Może masz na myśli jakąś konkretną osobę?
AP: Nie chcę mówić dokładnie o kogo chodzi. Chyba każdy się domyśla…

DK:Czy masz swojego stunt-idola? Wzorujesz się na kimś np. w stylu jazdy?
AP: Tak, mam dwóch faworytów, na których się wzoruję. Są to Scary Gary i Le Marseillais. Oni mają niepowtarzalny styl, śmigają na motorach z wielką łatwością i bardzo luzacko. Uwielbiam taki styl.

DK:Śmiało można stwierdzić, że, mimo Twojego młodego wieku, jesteś w czołówce polskiego stunt’u. Idzie za tym zapewne wiele godzin treningu. Jak intensywnie trenujesz i jak odbija to się na Twoich codziennych obowiązkach? Jak reaguje rodzina, najbliższe otoczenie na Twoje (nadal jeszcze dość nietypowe w naszym kraju) hobby?
AP: Trenuję średnio 5 dni w tygodniu przez około 1 godzinę. Myślę, że stunt nie przeszkadza mi w codziennym życiu i nie zawalam przez niego szkoły. Po prostu wypełnia mi wolny czas, który pewnie poświęciłbym na siedzenie przed komputerem lub jakiś wypad z kolegami. Co do rodziny – na początku było ciężko, rodzice nie chcieli zaakceptować mojego hobby. Po pewnym czasie i moich namowach przekonali się do tego. Teraz, wraz z braćmi, zawsze starają się pomagać mi i zawsze mnie wspierają.


DK: Co poradziłbyś młodym ludziom dopiero zaczynającym zabawę w stunt? Co według Ciebie jest kluczem do sukcesu, a co blokuje potencjalnego stuntera?
AP: Każdy, kto zaczyna zabawę w stunt – jeśli nie miał wcześniej do czynienia z motocyklami – powinien zacząć od czegoś małego o pojemności 50–125 ccm. Daje to duże podstawy do dalszego śmigania na większym moto i ułatwia całą zabawę. Największą blokadą każdego stuntera jest chyba strach. Jeśli ktoś nie boi się wykonywać ewolucji i podchodzi do nich z głową, to na pewno szybko wszystko ogarnie.

Dzięki za wywiad i połamania ramy!

Zdjęcia: Kamil (Limaks) Smaczny

Więcej w Ludzie, Stunt, Wywiady
Bielawa, czyli…koszmar stuntera

Zamknij