Sławomir jest motocyklowym turystą, uwielbia dalekie podróże. Ale gdy na początku roku przyszła zaraza, został “zamknięty” w Niderlandach – wykorzystał więc sytuację, aby objechać je dookoła. Sławek jest też pisarzem, dlatego jego relacje z podróży czyta się wyśmienicie!

O autorze:
Sławomir Łuczak (1973) – autor powieści. Opublikował m.in. „Archipelag Rynek”, „I tak wszyscy się tu znajdziecie”, „Normalne ślady użytkowania”. Motocyklowa włóczęga po Turcji stała się inspiracją do powstania trylogii historyczno-łotrzykowskiej o Imperium Osmańskim, „Ferit. Aga janczarów”. Do tej pory ukazały się dwa tomy: „Sprawy eunucha” (2015) oraz „Zabij mnie nim przyjdą” (2017).

Wędruję palcem po mapie. Od tego zawsze wszystko się zaczyna. A miałem lecieć do Polski. Sytuacja z jaką boryka się świat skutecznie mi to uniemożliwiła. Mieszkam i pracuję w Eindhoven. Wszędzie mam blisko, jednak owa bliskość daleka jest ze względu na pustoszący świat wirus. Na panoszące się ograniczenia. Nie dla mnie Lizbona, Barcelona, Londyn, nadatlantyckie trasy, zapachy Prowansji czy bezdroża Andaluzji.

A jest we mnie głód drogi.  

Spoglądam na południe. Robię tak zawsze, bo tam leży Grecja, a ten kraj zajmuje specjalne miejsce w moim sercu. To jednak jeszcze nie czas na słońce i starożytność. Kusi mnie Marsylia. Lazurowe Wybrzeże. I to, co ujrzeć można po drodze. Fascynująca, ponad tysiąc kilometrowa trasa. Misja jednak nie do wykonania. Belgijscy policjanci, jako pierwsi włożyliby drąga w szprychy przygody.  

Jestem zamknięty w Holandii. Ograniczony wiatrakami i majestatem Jego Wysokości. Królestwo Niderlandów więzi mnie i nakazuje utrzymywać półtorametrowy dystans do innych uwięzionych. Nie zabrania jednak podróżować wewnątrz kraju. Jadę. Cel: Scheveningen. Nadmorski kurort Hagi, której stołeczność oddycha tam pełną piersią w czasie kanikuły. W dobie zarazy może być jednak inaczej. Dotrzeć mogę do putski. Do wyludnionych plaży. Nie będzie mi to przeszkadzać.    

1. ZIEMIA JEST PŁASKA, KOŁA SĄ DWA

Gdyby Platonowi, a następnie jego uczniowi przyszło przekonywać świat do okrągłości Ziemi w Królestwie Niderlandów, doprawdy w nie lada znaleźliby się kropce. Być może Arystoteles, które empirycznymi metodami udowodnił kulistość naszej planety, nie zechciałby się nawet podjąć swojej pracy, przyglądając się holenderskiej nizinie. Zatapiam się w niej. Zostawiam w tyle ograniczenia i zakazy.

Nie palę się też do autostrad. Przyjdzie na nie czas w drodze powrotnej. Gdybym z nich korzystał, do celu dotarłbym w półtorej godziny mierząc się z zaledwie 130-kilometrowym odcinkiem. Wydłużam podróż do godzin siedmiu, kilometry zaś do 350. Mój V-Strom skwapliwie akceptuje postanowienie. Pochodzi z Japonii, z Hamamatsu, ale zdaje się rozumieć, co do niego mówię.

Z Eindhoven kieruję się na północ, na Arnhem. Jadę przez Neunen, Gemert, Elsendorp, Velp. Na wysokości Wijchen omijam Nijmegen i już po chwili znajduję się na moście Johna Frosta. Na legendarnej konstrukcji opisanej w książce Corneliusa Ryana i sfilmowanej przez Richarda Attenborougha, gdzie w roli generała Sosabowskiego z wąsem paradował charyzmatyczny i choleryczny Gene Hackman, od samego początku przewidując, że cała ta awantura nazywana Operacją Market Garden, źle skończy się dla jego żołnierzy. A zatem przejeżdżam przez górujący nad Dolnym Renem “o jeden most za daleko”. Wojny to jednak paskudna sprawa.

Pomyślałem tak samo podczas pierwszej dłuższej przejażdżki w tym sezonie do Parku Narodowego w Ardenach, gdzie przed laty stal zamieniała się w złom, a ludzie stawali się popiołem tylko po to, aby jedni mogli się z niewoli podnieść, a drudzy w nią nie popaść. Do parku dotarłem z belgijskiego Lommel niedzielnego popołudnia, na dzień przed ogłoszeniem przez Francję zamknięcia granic. 420-kilometrowa trasa wśród słońca, wiatru i budzącej się do życia po zimowym śnie przyrody także i mnie wyrwała z odrętwienia.

We francuskim Revin przerwałem też drzemkę miejscowemu fotoradarowi. Na mój widok przemówił fantastycznym błyskiem, jaki dostrzegłem we wstecznym lusterku.

2. WODĄ I LĄDEM

Docieram do Lelystad. Tu rozpoczyna się oddana w 1976 roku 28-kilometrowa droga wiodąca przez Houtribdijk, groblę oddzielającą jezioro Ijsselmeer od jeziora Markameer mimo, że spoglądając na mapę każdy stwierdzić by mógł, że to morze.

Zatrzymuję się przy wjeździe. Przemieniam krajobraz na format cyfrowy. Chłonę chwilę, bo w niej drzemią potęgi. Teraz już wiem, że rozpocząłem urlop. Daleko jestem od codzienności. Od rytuałów, o których każdy wie. O których każdy z chęcią zapomina w dobie wakacyjnych odskoczni. Otacza mnie morze… nie… otaczają mnie jeziora przecięte wytworem naukowych obliczeń i ciężkiej fizycznej pracy. Zaraz wjadę między nie, pozwolę asfaltowej wstędze wić się pod kołami.

Załączam silnik. Odbijam od parkingu. Podnoszę kotwicę i włączam się do ruchu. Jedynka, dwójka, trójka… szóstka. Wesoło porykują dwa cylindry V-Stroma. Dwa cylindry docenione przez setki tysięcy użytkowników. Dostosowuję prędkość do ograniczeń. 100 km/h to piękna wartość. Zwłaszcza wtedy, kiedy nad głową masz błękit, a po lewej i prawej morze. To znaczy jeziora. Chciałbym, żeby ta droga nie skończyła się za szybko, jednak wiem, że czas nie jest moim sprzymierzeńcem. Zabiera. Choć, jeśli spojrzeć na to inaczej, można z nim zawiązać sojusz, bowiem zawsze też coś daje, coś ze sobą przynosi. Coś, o czym nigdy nie wiemy, a kiedy dowiadujemy się, cieszymy się, bądź płaczemy.   

Zatrzymuję się przy marinie w Enkhuizen. Piętrzą się tu stadnie łajby wszelkiej maści, poświadczając, że Holendrzy morze mają we krwi, że naród to morski i z morzem obyty. Spacerujące rodziny pochłaniają lody. Słońce świeci. Sielanka w czasie zarazy.

Przejeżdżając przez miasto i jego obrzeża po raz kolejny wydaje mi się, że znalazłem się na jednej z ilustracji z publikacji Świadków Jehowy. Wszystko tu zdaje się być idealnie zaplanowane. Przyjazne. Przytulne. Domy, drogi, kanały, zieleń parków, których wszędzie jest pod dostatkiem.

3. AMSTERDAMSKI SPRINT

Wjeżdżam do Amsterdamu. Po raz pierwszy w życiu. Nie będę się jednak tu zatrzymywał. Nie zadumam się nad kanałami. To nie czas na miejskie atrakcje. To czas zarazy i dystansu. Pozamykanych restauracji i muzeów. Rozgoryczenia i frustracji. Strat finansowych i upadłości. Wrócę tu, kiedy miasto eksploduje życiem. Może na przełożone na jeszcze nie ustalony termin obchody Dnia Króla?

Na razie jednak włączam się do ruchu miejskiego. Po prawej kanały, po lewej kanały, w kanałach łodzie, łódeczki, kajaki, sprzęt pływający wszelkiej maści. Natężenie wodnego ruchu podobne do drogowego.

Zatrzymuję się na krótki popas w parku Amsterdam Forest. Choć przestrzeń położna jest już w gminie Amstelveen, zarządza nią miasto Amsterdam. Pokaźnych rozmiarów zieleń miejska pozwala zapomnieć o zgiełku. O codziennej gonitwie. 

4. LĄD NA WODZIE

Decyzja, gdzie pojechać dalej należy do najprostszych. Wyspa Texel. Turystyczny raj. Skrawek lądu otoczony morzem. Uwielbiam wyspy i towarzyszące nim przeprawy promowe. Moją ulubioną trasę z Wenecji do greckiej Igoumenitsy pokonałem dwa razy. Dwudziestoośmiogodzinny, niespieszny rejs po Adriatyku to relaks dla ciała i ducha. Pośród wolno sączących się godzin, uciekający za burtami świat nabiera innych znaczeń. Nagle zamienia się w księgę, którą można podczytać, samemu nie będąc jej bohaterem. Pokładowe zdystansowanie.

W drodze do portu w Den Helder, gdzieś za Alkmaar nawigacja sprowadza mnie z autostrady. Chwilę później zatrzymuję się przy imponującej czerwieni. Rozciąga się, jak okiem sięgnąć. Krew holenderskiej ziemi. Tulipany. Spogląda na pole kwiatowe stary drewniany wiatrak i mimo że nie kręcą się już jego skrzydła, wydaje się być tworem ożywionym. Przypominają mi wiatraki tolkienowskich Entów. Odnoszę wrażenie, że powstaną jak one i ruszą z krucjatą walczyć ze złem zrodzonym w naszym ziemskim Mordorze, gdziekolwiek się on znajduje.

Nie pora to jednak na kwiatowe interesy. Trzy miliony tulipanów poszło na przemiał, jak wyczytałem ostatnio w holenderskiej prasie. A liczba ta z pewnością wzrosła. Zmieniający reguły gry wirus nie zapomniał także skutecznie podciąć skrzydeł eksportowi barwnych kwiatów. Handel wewnętrzny także chodzi o kulach. Wszystko zdaje się walić i upadać. Ale tulipany niewzruszenie pną się ku niebu. Łapczywie spijają ożywiające promienie słońca. Swoją banalną niezłomnością przywracają wiarę i nadzieję. A przynajmniej tak sobie wmawiam, nie wiedząc czy inni robią tak samo.

Na wyspę płynę zaledwie pół godziny. Czuję niedosyt. Ale jest wszystko to, co przeprawom morskim towarzyszy. Kolejki samochodów ładujących się do promowego cielska.

Oczekiwanie na komunikat o odpłynięciu. Powolne odbijanie od portu. Dostojne przecinanie fal. Kilwater poświadczający o naszej obecności w wodzie, gdzie ponoć wszystko się zaczęło. Z wysokości pokładu przyglądam się buszującym w przestworzach mewom. Wydaje mi się, że teraz jestem wolny, jak one. Marzę o takich chwilach przez cały rok, a kiedy pojawiają się, sycę się nimi z nieposkromioną chciwością. Utrwalam je w pamięci z precyzją cyfrowego aparatu.

I już jesteśmy na miejscu. Zjeżdżam z promu, wymijam samochody i kieruję się do pierwszego punktu zaznaczonego na mapie.

5. W KRÓLESTWIE PIASKU

Wydmy, wszędzie wydmy. Oto Dunes Of Texel National Park. Tony piachu nagromadzonego przez tysiące lat. Znowu ten czas, myślę. Nie da się od niego uciec. Dopada nas wszędzie, nawet w chwilach, kiedy nie pragniemy nadać mu znaczenia.  

Muzeum Historii Naturalnej Ecomare zamknięte. Wszystkie atrakcje niedostępne. Dobrze, że chociaż myśli krążyć mogą bez problemów. Że nikt nie nakazuje im zachowywać półtorametrowego dystansu. Że przepływają swobodnie, aby mogły rodzić się z nich idee. Wspaniale, że piasek i morze nie przejmują się pandemią. Pozwalają się w sobie zanurzyć. Dlatego nie jest tu pusto, Dlatego są tu ludzie i wystawiają twarze ku słońcu. Dlatego jedzą lody, frytki i frykadelki. Na pewno też chcą zapomnieć o zostaniu w domu. O serialach, których póki co nie ma kto produkować. O popadających w ruinę inwestycjach i przedsięwzięciach. O finansowych stratach.

Dlatego i ja siadam wśród innych i pozwalam opleść się słonecznym promieniom. Najchętniej zostałbym tu cały dzień, jednak czas podczas krótkiego urlopu doprawdy potrafi pogonić. Odjeżdżam niespiesznie. Zanurzam się w wąski asfalt wijący się wśród pól, na których setkami, tysiącami wylegują się owieczki, emanując niemalże rajską beztroską. I konie, kucyki. Także są wszędzie. Hodują je Holendrzy z wielką namiętnością. Tam i siam.  

6. ROZŚWIETLACZ MROKU

Kieruję się w stronę latarni morskiej znajdującej się na północy wyspy. To mój drugi holenderski morski znak drogowy. Pierwszy, w Domburgu zwiedziłem podczas innej wycieczki. Nie było jeszcze tak ciepło, jak teraz. Zieleń nie nabrała pełni. Wiosenne słońce nieśmiało przebijało się przez chłód powietrza.

Góruje nad otoczeniem czerwień latarni morskiej. Nocą, niczym upadła gwiazda, wskazuje drogę morskim wędrowcom. Jej romantyka przemawia do mnie wyraźnie i głośno. 

Parkuje obok mojego motocykla para na BMW 1250 GS. Ich także przywiózł tu prom, aby wśród ciszy i dzikości zapomnieć mogli o hałasie. O komunikatach informujących o liczbie zakażonych, zmarłych i wyleczonych. O prasowych spekulacjach i prognozach. O prawdopodobnie skutecznych metodach ożywienia gospodarki. O planach na świetlaną przyszłość.

Tu, wśród wydm, w cieniu latarni morskiej, zdaje się nie istnieć nic, co zostawiliśmy w tyle. Do czego chcąc, nie chcąc wrócimy. Jest tylko morze, wiatr, słońce i cisza. 

7. CISZA W NIEUWESCHILD

Nawigacja prowadzi mnie wąskimi dróżkami, gdzie z ledwością zmieścić się mogą dwa samochody. Nikogo jednak nie mijam. Sunę przez dzikość, przez zieleń i błękit. Zatrzymuję się przy niewielkim zbiorniku. Pełno tu dzikiego ptactwa, w jakie obfituje Texel. Brodzą w wodzie ptaki, szukając pożywienia. Fotografują je pojedynczy turyści. Nie lękają się jednak obiektywów skrzydlaci mieszkańcy wyspy.

Docieram do Nieuweschild, ostatniego punktu na mapie mojej krótkiej wyspiarskiej przejażdżki. Po lewej stronie asfaltowej wstęgi wielki wał. Wchodzę na niego po schodach. I wtedy wyraźnie, jak na dłoni widzę to, czemu przyglądałem się z dołu. Owce pasące się na trawie niemalże graniczącej z samym morzem. Owce morza. Stado nie dające się zliczyć. Zatrzymuję się tu na dłuższą chwilę. Wpatruję się, jak urzeczony w potulną formę życia, która reprezentowana przez wełniaste stwory nic nie robi sobie z ludzkich problemów i bolączek. Z walki z wirusem. Z braku zysków. Z generujących się lawinowo strat. Z braku perspektyw. Z upadłych przedsięwzięć. Forma życia z pewnością prymitywniejsza od tej, jaką z dumą reprezentujemy tworząc arcydzieła literackie i filmowe oraz plany wojen błyskawicznych. Ale zdająca się istnieć silniej, pewniej. Pochłonięta wyłącznie przyswajaniem pokarmu. Oddalona od moralnych dylematów. Wolna od przymusu posiadania i zawłaszczania. Od nadgodzin i premii.

8. HASKI RELAKS

Ostatnie dwa dni krótkiego urlopu przeznaczam na eksplorację Hagi. Wymarłej turystycznie. Hagi, która zabroniła dostępu do wszelkich atrakcji. Która przez Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii skazała Radovana Karadžicia na dożywocie uznając go winnym za zbrodnie przeciw ludzkości. Za rzeź w Srebrenicy. Która nęci zielenią parków i chłodem wód licznych kanałów i zbiorników wodnych. Która jest tolerancyjna i wielokulturowa. Gdzie ludzie z całego świata, także z Polski, próbują odnaleźć choćby namiastkę szczęścia i nierzadko im się to udaje.

Jestem turystą. Podejmuję działania turystyczne. Fotografuję się na tle Binnenhof, Pałacu Pokoju (siedziby Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości), pomników królów, wejściowej bramy do chińskiej dzielnicy, kościołów i katedr, z których największe wrażenie robi na mnie protestancki Kościół św. Jakuba. Przepiękne melodie wygrywają jego kuranty, przydając majestatu jego wielkości i okazałości. Bo kościół nazywany jest też Wielkim (Grote Kerk).

W chińskiej dzielnicy zatrzymuję się przed sklepem oferującym kolumbijskie produkty. Niewiele wiem o Chinach, więcej o Kolumbii. Nieobce jest mi nazwisko Pablo Emilio Escobar Gaviria. Nie tylko za sprawą serialu Narcos, gdzie postać kokainowego watażki w sposób genialnie ekspresyjny przybliżył brazylijski aktor Wagner Moura, utwierdzając mnie w przekonaniu, że to serialowa rola wszech czasów.   

Po południu nie zapominam o plażowej włóczędze. Pomimo ograniczeń związanych z wirusem, piasek ma wielu gości. Nie odstrasza ludzi zamknięte De Pier, molo w Scheveningen, ani stojący bez ruchu diabelski młyn, z którego w normalnych czasach ustrzelić można piękne panoramiczne zdjęcia. Idę i idę. I nie chcę przestać.

Na wydmach niemieckie bunkry wchodzące w skład Wału Atlantyckiego przypominają o czasach innej zarazy, znacznie groźniejszej, niż ta wzbraniająca ludziom dostępu do normalności.

Biegają wesoło psy, harcują dzieciaki, nie brak też amatorów kąpieli w lodowatej wodzie. Z pozoru wszystko wydaje się być tak jak powinno, jednak widok ludzi w maseczkach na twarzy przypomina banalną i odwieczną prawdę o mylności pozorów.

W drodze powrotnej do hotelu mija mnie kilku rowerzystów ubranych w piankowe kombinezony. Wiozą ze sobą deski surfingowe. Jadą okiełznać fale. Może to nie Santa Monica, może to nie Kalifornia, ale skojarzenia są jednoznaczne.     

9. STAL KONTRA MORZE

Kończę powoli krótki urlop. W Hoek van Holland docieram do ostatniego miejsca, jakie odwiedzę. Maeslantkering. Ruchoma zapora na kanale Nieuwe Waterweg. To przeciwpowodziowy twór wybudowana w latach 1991-1997 w ramach nieustającej walki Holandii z morzem wgryzającym się w ląd. Jej dwa skrzydła mierzą po 237 metrów. Gotowe są zamknąć się w chwili, gdy poziom wody w morzu wyższy jest od normalnego o 3 metry.

Kiwam ze zrozumieniem głową, pochłaniając te informacje. Udaję znawcę przed samym sobą, choć nie mam pojęcia, w jaki sposób powstał ten moloch. Nie mam pojęcia o siłach nim sterujących. Przyjmuję za pewnik, że system zadziała, kiedy zajdzie potrzeba. Że powstrzyma morski napływ. Że zapobiegnie powodzi.  

Stoję na punkcie widokowym, kilkanaście metrów na kanałem. Co chwila podjeżdżają tu rowerzści, poświadczając o popularności miejsca. Wpatruję się w przepływający między zaporą statek. Sunie majestetycznie do portu w Rotterdamie. Rozstawione po obu brzegach olbrzymie wiatraki salutują mu swoimi skrzydłami. Fotografuję scenkę i przyglądam się jej przez chwilę. Kompozycja nie może się równać z obrazami Williama Turnera, który morze i statki ukochał, w romantycznej pasji przenosząc je na płótna, ale zdaje się mieć coś z ich ducha.

10. W PÓŁ DO PERSPEKTYW

Autostradowy powrót. 26 stopni w skali opracowanej przez Andersa Celsjusza. Wszystko jest piękne. Prędkość ograniczona do 100 km/h wydaje się świetną wartością, mimo to przyspieszam czasami. Magia przyciągania. Konie do stajni zawsze pędzą szybciej.

W Dodrechcie niespodzianka. Technologia z Doliny Krzemowej nie radzi sobie z zamkniętym odcinkiem autostrady A16 prowadzącej do Bredy. Googlowska nawigacja wskazuje błędnie. Wykazuje się ciemnotą i niezdecydowaniem. Nie przyswaja informacji ze świata, pomimo trybu online. Przestaję się w nią wpatrywać. Po kolejnej nawrotce, kieruję się żółtymi znakami, klnąc i złorzecząc, że trzeba było tak od razu. Że należało wyznać wiarę w analogię i porzucić system zerojedynkowy. Chwilę później jestem na właściwych torach. Uspokajam się. Podkręcam tempo, licząc, że ujdzie mi to na sucho. Nie jestem w tym osamotniony. Wielu Holendrów zdaje się nie dostrzegać autostradowego ograniczenia prędkości obowiązującego od 6.00 do 19.00. 

Docieram do domu. Wchodzę do pokoju. Siadam na krześle. Nucę “The Loneliness of The Long Distance Runner” Iron Maiden, nie tylko dlatego, że kojarzy mi się z dzieciństwem. W myślach wybiegam do Paryża, Barcelony, Jeziora Bodeńskiego. Do Alp i Wenecji, którą uwielbiam. Do greckich plaż. Do wszystkich miejsc, które odwiedzę, kiedy awantura epidemiologiczna się skończy. Jestem zachwycony. 

O autorze:
Sławomir Łuczak (1973) – autor powieści. Opublikował m.in. „Archipelag Rynek”, „I tak wszyscy się tu znajdziecie”, „Normalne ślady użytkowania”. Motocyklowa włóczęga po Turcji stała się inspiracją do powstania trylogii historyczno-łotrzykowskiej o Imperium Osmańskim, „Ferit. Aga janczarów”. Do tej pory ukazały się dwa tomy: „Sprawy eunucha” (2015) oraz „Zabij mnie nim przyjdą” (2017).

Więcej w Turystyka, Wyprawy, Wyróżnione
Yamaha Tracer 700 – zachwycająco uniwersalny [test, opinia wady, zalety, zdjęcia]

Tracer 700 w nowej odsłonie nabrał sportowego wyglądu, ale to nie jedyne zmiany w tym modelu. Na sezon 2020 przygotowano...

Zamknij