Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Turystyka Wyprawy motocyklowe W poszukiwaniu wiosny... Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Wyprawy

W poszukiwaniu wiosny...

Przychodzi taki moment w roku, kiedy już mamy dosyć pogody za oknem. Kiedy kolejne płatki śniegu zaczynają nas denerwować, a nie cieszyć. Kiedy to temperatura poniżej zera sprawia, że dostajemy białej gorączki, a wszystko przez to, że nie możemy wskoczyć na swój ukochany motocykl i pognać gdzieś daleko przed siebie. Jest to klasyczny, powtarzający się co roku kryzys, z którym każdy z nas musi się zmierzyć.

Części osób wystarczy odpalenie motocykla w garażu i wsłuchanie się w melodię basów wydobywających się z silnika. Jeszcze inni przeglądają, zdjęcia z minionego sezonu planując, kolejne wyjazdy, ale, co zrobić, gdy żadna z tych rzeczy nie pomaga? Gdy naprawdę jedyna rzecz, o której marzymy to jazda motocyklem?

 

Na początku roku stanęłam przed takim właśnie oto dylematem. Zaczęłam przeglądać mapy i niestety wszystkie ciekawsze (czyt. ciepłe o tej porze roku) miejsca znajdowały się na południowej półkuli. Co zatem zrobić, kiedy nie chce się wydać majątku oraz kiedy ma się ograniczony urlop? Serce oczywiście chciałoby wyruszyć w kolejną długodystansową podróż, ale rozum podpowiadał, żeby zejść na ziemię. „Co robić?!?” - zadawałam sobie to pytanie, aż nagle wpadłam na pomysł, a może by tak na „Kanary”? Gdy zaczęłam opowiadać znajomym o koncepcie wyjazdu w tamtym kierunku niejednokrotnie słyszałam odpowiedź: „Teneryfa? All-Inclusive?! Zanudzisz się!”. Jednak przeglądając, mapy widziałam dziesiątki krętych dróg! Byłam pewna, że prócz hoteli z basenami i kolorowymi drinkami ta wyspa ma do zaoferowania o wiele więcej.

 

Nie zastanawiając się długo, pod koniec grudnia kupiłam bilet, a już w drugiej połowie stycznia siedziałam w samolocie. Na każdym kroku przyciągając uwagę innych pasażerów, którzy to dziwnie przyglądali mi się widząc, kask oraz kurtkę motocyklową zamiast kapelusza i okularów przeciwsłonecznych.
 

Gdy tylko wysiadłam z samolotu poczułam przyjemne 22 C oraz pierwsze promienie rozgrzewającego słońca. Nawet nie wiecie, jak mi brakowało dodatniej temperatury! Z lotniska wyruszyłam w kierunku północnej części wyspy. Chciałam wykorzystać okienko pogodowe, gdyż wszystko wskazywało na to, że w ciągu najbliższych dni w tym regionie ma być ładna pogoda.

 

No cóż, mogłoby się wydawać, że co, jak co, ale Kanary mnie nie zaskoczą. Jednak już pierwszego dnia musiałam stawić czoło nowej przygodzie. Na kilka tygodni przed wyjazdem sprawdzałam dostępność miejsc w hostelach. Wszystko wskazywało na to, że nie muszę się martwić o noclegi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się na dzień przed wylotem, że wszystkie miejsca są zajęte. Zostało wolne jedno jedyne łóżko w nie najtańszym pokój, który kosztował tyle, co doba w kilku gwiazdkowym hotelu. No cóż, za głupotę trzeba płacić! Na całe szczęście już następnego dnia po przybyciu znalazłam, dużo tańszy nocleg lądując w prywatnym pensjonacie, który prowadziła Hiszpanka, która ni w ząb nie mówiła po angielsku. Jedyne słowo, jakie znała to: „Yes”. I tak na każde pytanie, jakie zadawałam, słyszałam w odpowiedzi „Yes, yes!”. Na całe szczęście zbawienny okazał się międzynarodowy język zwany ”body language”. I tak na migi udało nam się porozumieć i w rezultacie uzyskać mi klucz do pokoju. Warunki były spartańskie, ale mi to nie przeszkadzało, bo znajdowałam się w La Laguna będącej jednym z najstarszych miast na wyspie. Ze względu na liczną ilość zabytków zostało ono wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wcale się nie dziwię dlaczego, bo architektura z XVII wieku zachwyca wszystkich przyjezdnych. A gdy tylko słońce wyjdzie zza chmur, kamienice zaczynały się mienić w pastelowych kolorach.

 

Pierwszej nocy ciężko było mi zasnąć, gdyż myślałam cały czas o spotkaniu z Bonneville’em, z którym przeżyłam wiele przygód podczas mojej wcześniejszej samotnej wyprawy dookoła Ameryki Północnej. Stał się on moim przyjacielem na dobre i na złe. A jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje i tak, pomimo że minęły ponad dwa lata odkąd ostatni raz przekręciłam kluczyk w stacyjce Triumph'a na samą myśl, że znowu będę śmigać, tym motocyklem nie mogłam usnąć.

 

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, zakochałam się! Bak błyszczał w słońcu, a klasyczna linia T100 sprawiała, że ktokolwiek obok Bonneville'a przechodził, zawieszał na nim wzrok. Mój stary przyjaciel nie stracił nic ze swojej elegancji, pomimo że został odmieniony przez chłopaków z Hinckley. Został wyposażony w nowy silnik, który można także spotkać w modelu Street Twin, a także dodatkowo wzbogacony o ABS oraz kontrolę trakcji. Mnie najbardziej ucieszyło spalanie tego motocykla 3,8l/100 km. Prawie tyle, co mała 125tka, którą okrążyłam Europę! Czyli spokojnie mogłam, nawijać kolejne kilometry nie martwiąc się, że mój budżet zostanie nadszarpnięty.Na Teneryfie spotkałam się jedynie z życzliwością. Zarówno od jej mieszkańców, jak i od turystów. Nie wiem, czy działało tak na ludzi słońce, czy może urok klasyka?! Wszyscy na tej wyspie żyją na totalnym luzie. Nigdzie nie pędzą. Pomimo że żyją skromnie to, cieszą się z każdego dnia i to udziela się przyjeżdżającym. Jak za dotknięciem różdżki zmienia się nasze nastawienie do świata. Nagle nie pędzimy, nie odbieramy nerwowo telefonów, czas zaczyna być dla nas rzeczą względną. Udziela nam się „mañana”!!

 

Pierwsi wyciągnęli do mnie pomocną dłoń panowie z salonu Triumph'a. Gdy tylko dowiedzieli się, że zamierzam Bonneville’em okrążyć Teneryfę zaoferowali swoją pomoc. Zgarnęli mnie z lotniska, a kilka dni później zorganizowali spotkanie właścicieli motocykli Triumph, którego byłam gościem specjalnym. Co mnie cieszyło pomimo parszywej pogody, jak na tę szerokość geograficzną (w górach padało i było zaledwie kilka stopni powyżej zera) zjawiło się wiele osób. Chyba plotka o przybyciu szalonej blondynki z Polski rozniosła się niczym błyskawica po wyspie. I tak w grupie ponad trzydziestu motocykli pokonaliśmy tego dnia 250 kilometrów. Sami zapewne wiecie, że pokonywanie serpentyn w towarzystwie innych motocykli ma swój urok i jest miłą odmianą, kiedy non stop podróżujemy samotnie.

 

Oczywiście atrakcji nie mogło zabraknąć w kolejnych dniach. Już trzeciego złapałam przeziębienie. Największy kryzys pojawił się, kiedy to o 6 rano chora po ciemku w temperaturze bliskiej zeru stopni i strugach deszczu musiałam jechać motocyklem na zdjęcia pod wulkan Teide. Efekt? Woda w butach i gorączka. No, ale jak to mówią wariatów, nie sieją... sami się rodzą! I, pomimo że podczas tego wyjazdu ani razu nie włożyłam bikini, a na plaży spędziłam zaledwie 2 godziny przed odlotem to, cieszyłam się z każdej chwili spędzonej na Teneryfie. Wyspa ta jest tak różnorodna!! Północ jest zielona niczym nasze Bieszczady tylko z egzotyczną roślinnością, a słoneczne południe przypomina Marsa oraz Księżyc, a wszystko dzięki górującym nad wszystkim wulkanem Teide. Jeśli dodać do tego wspaniałe, kręte... bardzo kręte drogi to, czego chcieć więcej! Trasa z Santiago del Teide do Masca nawet wytrawnych motocyklistów może przysporzyć o zawał serca. Drogę od urwiska oddzielają małe betonowe bloki. Gdy na swojej drodze spotkamy z naprzeciwka jadący samochód to pół biedy gorzej, gdy zakręt będzie chciał pokonywać w tym samym momencie autobus, wtedy ratuj się kto może!! Naprawdę warto używać klaksonów. Jeśli nie straszne są komuś takie atrakcje i lubicie lekki dreszczyk emocji warto pokusić się o pokonanie tej drogi do samego Buenavista del Nte. Widoki zachwycają, a zakręty sprawiają, że zaczyna się od nich kręcić nam w głowie. Mnie tę trasę udało się pokonać kilka razy zarówno za dnia, jak i w nocy. Przyznam szczerze, że jest to niesamowite uczucie, kiedy to jedynie reflektor motocykla oświetla nam drogę i nie wiemy, co się kryje za kolejnym zakrętem. Po takiej przejażdżce, kiedy człowiek dociera do cywilizacji i widzi zwykłe proste, oświetlone drogi – oddycha z ulgą.

 

Nikogo kto się znajdzie na Wyspach Kanaryjskich nie zdziwi fakt, że są one nazywane Wyspami Szczęśliwymi. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie od piękny tras motocyklowych po trekkingowe, a gdy będziemy chcieli, zakosztować wodnego szaleństwa możemy wskoczyć na deskę i posurfować. Ja zakochałam się w Teneryfie, wyspie, która zawsze kojarzyła mi się z rozleniwionymi turystami. Wyspie na której poznałam wspaniałych ludzi, zakosztowałam pysznego jedzenia oraz przejechałam wiele kilometrów w ciągu zaledwie kilku dni. Zresztą, co będę opowiadać sami zobaczcie film. :)

 

 

Więcej o podróżach Weroniki Kwapisz

Powiązane materiały

oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści