Na czasie
    Musisz zainstalować Jetpack plugin i włączyć "Statystyki".

Jaki był Wasz pierwszy motocykl? Od czego zaczynaliście przygodę z jednośladami? Skąd taka zajawka? Jak to wszystko się zaczęło?

Ostatnio siedząc z kolegami w garażu zaczęliśmy wspominać początki motocyklizmu. Przyznam, że większość zaczynała standardowo. Motorynka kolegi pod blokiem, Komar albo WSK u wujka na wsi, rzadziej Simson Skuter. Przyznam, że mój pierwszy kontakt z jednośladem był chyba w drugiej klasie podstawówki, kiedy starszy kolega z podwórka przewiózł mnie motorynką. Pierwszy raz jednoślad prowadziłem w piątej klasie. Do tego czasu kilkukrotnie miałem okazję prowadzić auto rodziców, a potem regularnie podkradałem im kluczyki i jeździliśmy z kumplami wokoło osiedla.

Motorynka za Syrenę

Kres przyszedł, kiedy w końcu któryś z sąsiadów doniósł ojcu, co wyprawiamy z jego samochodem, i że to cud, że nikogo nie zabiliśmy. Potem wymieniłem się z kumplem – ja pozbyłem się makiety kolejki w skali TT, on starej, zmęczonej motorynki. Był to straszny syf. Matka wielokrotnie dostawała ataku paniki, wchodząc z pracy i widząc dywan w oleju, częściach i ogólny syf w mieszkaniu. A było to na siódmym piętrze blokowiska na warszawskim Bemowie.

Z tym trzymaniem motocykla w mieszkaniu udzieliło mi się kilkukrotnie. Ogólnie jest to kiepski pomysł, a utwierdziła mnie w tym Hayabusa i DRZ400SM które wymuszały rozbiórkę szafek w przedpokoju i przy zmianie temperatury śmierdziały paliwem niemiłosiernie i to mimo spuszczania płynów ustrojowych i zatykania otworów typu wydech, wloty airboxu itp. Motorynkę wymieniłem na kilka kolejnych Syren 105, które przerabialiśmy pod koniec szkoły podstawowej na kabriolety a ostatecznie rozbijali nam je starsi koledzy z osiedla. Taka mentalna siłownia. Zresztą wówczas koszt zakupu Syreny odpowiadał półlitrowej butelce przezroczystego trunku. Do motocykli w tamtych czasach wracałem okazjonalnie, prowadząc Hondę MTX80 kolegi, i skuter Hondę DJ50 jego mamy. W międzyczasie było kilka jazd WSK, WFM, Jawą TS350, MZ150 i  motorynką Stellą.

Sytuacja się zmieniła, kiedy rozpocząłem treningi sztuk walki na początku szkoły średniej. Trener, zapalony motocyklista przyjeżdżał pod sekcję prawdziwymi Japończykami. I trzeba przyznać, że w 1994 roku GSXR750 z 88 roku, cała seria XT, XL oraz wszelkie wersje Kawasaki Z i KZ robiły na mnie na tyle wrażenie, że motocyklowa zajawka stała się sprawą naturalną. W międzyczasie jeden z moich najbliższych kumpli kupił Hondę CB400Four. Inny KZ750E jego brat KZ750 LTD a w najbliższym otoczeniu przewijały się GPZty 900, CBR1000F, i co najmniej dwie XS400…

Pierwszy motocykl

Fourką kolegi zrobiłem mnóstwo kilometrów zarówno jako kierowca jak i pasażer. W międzyczasie po szkole dorabiałem w różnych miejscach, wakacje przeznaczałem na pracę i pod koniec szkoły średniej stałem się posiadaczem Hondy VFR750F z 1988 roku. Wymagało to sporo wyrzeczeń, ale wreszcie miałem swój motocykl.

Pierwsza gleba wydarzyła się zaledwie 20 min od zakupu. I patrząc z perspektywy, miała bardzo edukacyjny charakter. Mocno uspokoiła moje zapędy do szybkiej jazdy. Na szczęście ani ja, ani Honda nie mieliśmy większych uszkodzeń. Potem były kolejne motocykle, w sumie ponad 20 modeli. Mam jednak wrażenie, że prawdziwa nauka jazdy rozpoczęła się wraz z powrotem do 125 ccm przy okazji pracy w Motogen.pl. Największy progres nastąpił w czasie treningów na torze czy kursach doszkalania jazdy.

 I gdybym miał Wam coś doradzić, zacznijcie od małych motocykli. Szkolcie się, rozwijajcie, a po przesiadce na większy będziecie nie tylko szybcy ale i bezpieczni.

Jeśli chodzi o moich kolegów, zaczynali różnie. Niektórzy pozostali przy pojazdach z PRL. Inni odpuścili motocykle, jeszcze inni wrócili do tego po przerwie, z czasem zakumplowałem się z kolejnymi osobami jeżdżącymi na moto. I tak od niecałych 30 lat. Pod względem wyboru pojazdu, najbardziej hardcore’owy był kumpel, który na pierwsze moto nabył Suzuki TL1000S. Nie zrobił sobie krzywdy, chociaż kilka gleb było. Po latach sam uważa, że to był błąd, ale w młodości mało kto kieruje się rozsądkiem.

Natomiast fajne jest to, że po wielu latach 90% ówczesnego składu posiada jakieś motocykle. Jeśli nawet nie pojeździmy razem, to przynajmniej jest okazja pogadać i posiedzieć przy moto w garażu. A jak to było u Was? Od czego zaczynaliście? Jak wygląda Wasza motocyklowa historia?


Więcej w Po godzinach, Śmieszne, felietony, Wyróżnione
Uciekaj ze środkowego pasa, Janusz!

W ostatni weekend zabrałem puszką rodzinę na Podlasie. Uwielbiam te regiony i w każdej wolnej chwili z przyjemnością uciekam w...

Zamknij