Tani, mocny, o niebanalnym wyglądzie (umówmy się – nie każdemu się podoba, ale na pewno wyróżnia się w tłumie „Gieesikserów”, „Banditów” i „Fazerów”). Tak można by w skrócie scharakteryzować RF900. A co poza tym? Zacznę klasycznie, od historii.

 

Suzuki RF900 powstało na fali mody na sportowe motocykle o słusznych pojemnościach, czyli zbliżonych do litra. Niestety, były to też czasy debiutu wychwalanej i uwielbianej powszechnie CBR 900 RR. To pierwszy znak, że RF-a nie trafiła w dobry moment, który przyszedł, niestety, już po zakończeniu jej produkcji. RF-a więc miała być konkurencją dla słynnego „Fajera”. Powstała jako rozwinięcie RF 600 i była do niej bliźniaczo podobna. Podobnie jak młodsza siostra, silnik zapożyczyła z GSX-R-a, a zamiast 750-tki, było to 1100 W. Czasy RF to również fala zachwytu nad Ferrari Testarossa, na którym RF-a była wzorowana pod względem stylistycznym i do tej pory jest z tym pięknym autem kojarzona. Wloty powietrza w owiewkach, uchwyt pasażera stylizowany na spojler, minimalna liczba napisów i jednolity czerwony kolor motocykla budziły skojarzenia z Ferrari. Czego zatem zabrakło RF? O tym za chwilę.

 

Motocykl, mimo swojej wagi (236 kg), okazuje się na tyle dobrze wyważony, że nie czujemy stresu nawet przy manewrowaniu. Uderzenie mocy z silnika o pojemności 936 ccm daje niezłą radochę i skutecznie podnosi poziom adrenaliny, tym bardziej mając w świadomości fakt poruszania się wiekowym i mniej zaawansowanym technicznie motocyklem. Do tego pięciobiegowa skrzynia i niewyżyłowany silnik zapewniały dobrą elastyczność. Od niskich obrotów aż po wysokie motocykl ciągnie żwawo i ani na chwilę nie pozwala się nudzić. Zawsze mamy świadomość, że niezbyt duży ruch manetką popchnie RF-ę jeszcze trochę szybciej i mocniej, nie zmuszając jej do zadyszki. Mimo wiotkiej, stalowej ramy, RF900 na zakrętach prowadzi się świetnie i nie miałem problemów z zamknięciem opon.

 

RF jest zrobiona porządnie. Na desce rozdzielczej znajdziemy np. kontrolkę rezerwy – miły ukłon w stronę użytkownika. Mi do gustu przypadło także hydraulicznie sterowane sprzęgło – duża wygoda, a przy tym zawsze „bierze” w tym samym miejscu. Dobrej jakości plastiki ze szczelnie zakrywającymi elementy konstrukcji wypełnieniami tworzą właśnie wrażenie masywności. Do dyspozycji po lewej stronie mamy także schowek na różne bibeloty i sporo miejsca pod kanapą na inne drobiazgi. Jeśli dodać do tego bardzo dobrze chroniące przed naporem powietrza owiewki i wygodną kanapę, cechy turysytka ze sportowym zacięciem nasuwają się same. Zawieszenie mogę ustawić sobie jak mi się podoba, bo jest w pełni regulowane (dobicie, odbicie i napięcie wstępne z przodu, ciśnienie gazu i napięcie sprężyny z tyłu). Hamulce nie poraziły mnie skutecznością. Warto więc dołożyć kilka stówek na sześciotłoczkowe zaciski z Bandita 1200 albo ZX-6R i przewody w stalowym oplocie. Po takiej operacji jest zdecydowanie przyjemniej, bo zaciski pasują jak ulał.

 

Zaletą tego modelu jest to, że łatwo znaleźć egzemplarz niezniszczony i bezwypadkowy. Oglądając używaną RF, należy zwrócić uwagę przede wszystkim na spasowanie owiewek i naklejki. Po wypadku prawie niemożliwe jest spasowanie owiewek tak jak w fabryce – delikatne mocowania gną się bardzo łatwo. Sprzedający często docinają naklejki metodą ploterową, ale do oryginału zawsze im daleko. Łatwo to poznać, bo oryginalne robione są metodą sitodruku, co w Polsce jest praktycznie nie do podrobienia. Ludzie, którzy wybierają RF900, nie kierują się potrzebą lansu, bo i pod tym względem nie ma czego szukać w tym motocyklu. Zacięcie sportowo-turystyczne, mimo upływu lat, nadal spełnia oczekiwania ludzi z nie za dużym budżetem, ale ze sporymi wymaganiami.

 

Suzuki RF900 ma sporo mocy. Młodzi użytkownicy często myślą, że jak motocykl jest stary, to można go sobie kupić na początek. Nic bardziej mylnego. Już w latach dziewięćdziesiątych motocykle osiągały sporą moc i moment obrotowy. Nie zawsze w parze z tym szły zawieszenie, sztywna rama i skuteczne hamulce. Mimo, że w RF pod tym względem tragedii nie ma, to trzeba zwracać na to uwagę, żeby nie przesadzić. Pokrętło w dół i motocykl wyrywa bardzo żwawo. Podnieść go na tylne koło owszem, da się, ale jest bardzo ciężko. …nieźle wyważony i odpowiednio ciężki pozwala ostro ruszać spod świateł i ścigać się z użytkownikami przekonanymi o niesamowitej mocy swoich autek… Na zakręcie, gdy dodamy gazu, motocykl, choć ociężale, pochyla się w łuk i jedzie zaplanowanym torem. Żadnego bujania, drgań i innych atrakcji.

 

Komu bym polecił RF900? Wszystkim tym, którzy lubią podstarzałe, sprawdzone, niezawodne, japońskie konstrukcje, z czasów, kiedy w wyścigu nad liczbami w katalogach producenci nie odchudzali motocykli za wszelką cenę, nie pozbawiali ich funkcjonalnych detali i nie oszczędzali na jakości. Polecam go także tym, którzy chcą wziąć dziewczynę na tylną kanapę, dołączyć dwa kufry i pojechać nawet w długą trasę motocyklem zapewniającym poprawne prowadzenie i niezłą moc.

 

Za zdrowy egzemplarz zapłacimy około 7000 zł. RF900 ma niezłą moc (137 KM) i moment obrotowy (106 Nm), co zapewnia już dość przyzwoite odpychanie się z miejsca. Jest wygodny, co obecnie jest jego zaletą, ale w latach dziewięćdziesiątych było wadą – przez mało sportową pozycję, obszerne siedzenie, wysoko umieszczone sety kierownicy i podnóżki, które nie powodują nadmiernego podkurczenia nóg. Właśnie ze względu na kompromis pomiędzy motocyklem sportowym a turystycznym, które to cechy objawiły się dużo później, RF-a nie sprzedawała się dobrze. Produkowana była tylko przez cztery lata i przegrała z CBR 900 RR na fali zachwytu nad sportowymi wściekaczami.

Opinia użytkownika RF 900 z 1994 roku:

„Motocykl robi wrażenie swoimi gabarytami – ma naprawdę dużą masę, jak na obecne czasy. Jednostka napędowa o stosunkowo dużej mocy i momencie obrotowym, który przebiega dosyć spokojnie, oraz dobra ochrona przed wiatrem powodują, że bardzo dobrze sprawdza się w roli szybkiego turysty. Pasażer na tylnej kanapie czuje się jak w fotelu.

 

Poczciwa jednostka napędowa dobrze ciągnie od dołu. RF nie zniszczy Twojej kieszeni. Spalanie podczas jazdy z pasażerem przy przelotowych do 140km/h nie przekracza 6 l (przynajmniej w moim motocyklu). Do minusów zaliczyłbym niską kulturę pracy silnika na niskich obrotach. Generalnie jest to motocykl dla ludzi, którzy wiedzą czego chcą. Na pewno nie sprawdzi się w rękach domorosłego stuntera. Podsumowując, gdybym miał do dyspozycji 6000 – 7000 zł, ponownie zdecydowałbym się na RF900. Jest to typowy kompan, który nigdy nie zawiedzie”.