W sobotę 24 maja 2014 w Łodzi, Krzysiek Wróblewski opowiedział Nam o wyprawie motocyklowej wiodącej przez 36 krajów położonych na 5 kontynentach, co łącznie daje 50 tysięcy kilometrów. Na pokonanie tej trasy dali sobie 365 dni. Podróżowali przez takie kraje jak Irak, Indie, Tajlandia, Australia czy Boliwia.

Prezentacja zaczęła się od przykrej wiadomości i dotyczyła śmierci jednego z uczestników podróży – Maksymiliana Starościaka. Krzysiek na wstępie prosił o 10-sekundowe oklaski dla jego kompana podróży – w ten sposób uhonorowaliśmy pamięć o Maksie. Początek opowieści był zatem bardzo mocny i poruszający.

Studenci wystartowali z Wrocławia i w początkowych tygodniach przejeżdżali dziennie 600-700km na motocyklach, przemierzając Czechy, Słowacje czy Rumunie, która bardzo utkwiła im w pamięci. Dalej przekroczyli Bułgarię, Albanię oraz Macedonię i wjechali do kraju położonego na południowym krańcu Półwyspu Bałkańskiego – Grecji. Tutaj zaczęły się problemy nie tylko związane ze sprawami technicznymi, ale również z komarami – nocleg pod gołym niebem był dla nich ucztą. Jak uznał Wróbl (Krzysiek Wróblewski) były one dużo bardziej uciążliwe niż te polskie. Kiedy już nie mogli przespać kilku godzin, do głowy Maxa przyszedł genialny pomysł i powiedział – „Ej starrry, benzyna odstrasza komary. Może posmarujemy twarz benzyną?”. Zrobili to i zderzyli się z rzeczywistością, gdyż krwiopijcze komary nie dały za wygraną. Maseczki z benzyny okazały się drogim i nieskutecznym rozwiązaniem, gdyż cena paliwa w Grecji nie była zachęcająca i oscylowała w granicy 1,80 Euro za litr. 

To dopiero był początek „niespodzianek”. Kiedy podróżnicy przejeżdżali przez Saloniki (greckie miasto położone nad Morzem Egejskim) Krzysiek ocknął się, że… zapomniał zabrać z Polski swoje prawo jazdy! Chłopaki uznali jednak, że skoro do tego czasu nie musieli legitymować się z dokumentów pojadą dalej, żeby nie tracić czasu – tak też uczynili. Jadąc przez Turcję smakowali różnych lokalnych przysmaków i codziennie spijali hektolitry herbaty o smaku banana i kiwi, która jak twierdzi Krzysiek – jest wyśmienita. Skoro już jesteśmy przy kuchni – okazało się, że kuchenka paliwowa to niezastąpiony przyjaciel.

Słuchaczy Krzyśka zaskoczyła historia dotycząca wysokich cen w tureckich sklepach, chłopaki nazwali to dietą turecką , czyli „widzisz ceny produktów i płaczesz, użalasz się nad sobą czemu masz tak mało pieniędzy?” – plus jest taki, że nagle najtańszy jogurt zaczyna Ci smakować jak ten z wyższej półki. 

Wyprawa w głąb Azji to kolejny ciekawy etap, gdzie Max z Krzyśkiem poznali nowego przyjaciela. Był to grzyb w hostelu, któremu nadali imię – Stefan. Nie mniej jednak czego można oczekiwać po noclegu za 2-3 dolary? Stefan przynajmniej pilnował w pokoju bagaży motocyklistów na czas ich nie obecności 🙂

Kolejnym celem był Iran. Można powiedzieć, że Iran to stan umysłu i tym samym jedno z ulubionych państw studentów. Co prawda zabronione jest spożywanie i posiadanie alkoholu, ale haszyszu już nie. Na każdym kroku można tam spotkać przetwory konopi – kebab, lody czy gumy do żucia! Irańczycy mają też fioła na punkcie swojego nosa i z obserwacji Krzyśka wynika, że co piąty obywatel tego kraju decyduje się na operację plastyczną nosa w celu jego upiększenia. Ach Ci faceci… 

Z każdym dniem motocykliści doświadczali nowych przygód. Wróbl urwał dźwignię zmiany biegów, po której później przejechał i zmiażdżył doszczętnie, a to wszystko działo się na autostradzie. Co mógł zrobić w takiej sytuacji? – Jedynym sensownym rozwiązaniem było dla niego nie zatrzymywanie się i jechanie dalej na 5-tym biegu, do miejsca noclegowego. Nawet bramki na autostradzie nie były straszne – po prostu nie zatrzymał się przy nich i poleciał dalej, aż zabraknie paliwa lub będzie mógł się zatrzymać w bezpiecznym miejscu i nabyć nową dźwignię.

Czas na Pakistan. Piękny i zaskakujący kraj, gdzie podróżnych witano z bronią w ręku. Odkryli tam kolejne ciekawe zjawisko – na 1 minutę postoju motocyklistów pojawiało się 6 gapiów. Przy 5 minutowej przerwie, przechodniów było już 30! – Chyba domyślacie się jaki tłum się zebrał po kilkunastu minutach?

Krzysiek z Maxem przypadkiem natrafili pewnego dnia, na tzw. rytuał zamknięcia bram. Początkowo sądzili, że to jakieś niepowtarzalne widowisko, które odbywa się w święto – jednakże to wydarzenie powtarza się codziennie i z pewnością robi wrażenie.

W dalszej części materiału znajdziecie filmik prezentujący ten rytuał.