Czy było więc na co czekać? Czy Suzuki dając sobie kilka lat na reakcję, podpatrując konkurencję przygotowało prawdziwą motocyklową petardę dostępną na kategorię A2? Jako pierwsi w Polsce mieliśmy okazję to sprawdzić i przeprowadzić test.

Książątko

Ciekawe jest to, że Suzuki Inazuma jest motocyklem, który zupełnie inaczej prezentuje się na zdjęciach czy filmach video, a inaczej w rzeczywistości. Każdy, kto zetknął się z danymi technicznymi i informacjami na temat tego motocykla  określał go jako mały GSR. Pojawiały się nawet komentarze czemu Inazuma nie ma oznaczenia modelowego Suzuki GSR 250. Dopiero na żywo mamy okazję spostrzec, że tak naprawdę ten jednoślad to miniaturka Suzuki B-Kinga. Pociągnięcia stylistyczne takie jak przednia lampa, opadająca linia bocznych osłon czy tylne plastiki– to wszystko widzieliśmy już i mieliśmy możliwośc przetestowania w największym i najbardziej kontrowersyjnym power nakedzie Suzuki.

 

Coś, co zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie to jakość wykonania. Po małym Suzuki nie widać, że to niskobudżetowe rozwiązanie! Oczywiście nie chodzi o podzespoły, o których później, mam tu raczej na myśli ogólne wykończenie i design: jakość spasowania elementów, poziom lakierowania… Wg mojej opinii naprawdę nie ma się do czego przyczepić i wcale nie widać, że jest to mały, w domyśle tani model.

Gabaryty

Suzuki Inazuma jest ciekawą maszyną jeżeli chodzi o wymiary. Dzięki temu, że wygląda całkiem potężnie i muskularnie, stojąc na światłach obok innych motocykli raczej nie będzie wstydu, że to tylko 250-tka.Do tego dwie konkretnych wymiarów rury wydechowe dodają powagi sytuacji. Stały się one też fajnym zabiegiem stylistycznym, który przypomina nam stare dobre czasy klasycznych sprzętów, do których zakładano dwie puchy, bo po prostu wyglądały cool i sprawiały, że motocykl nabierał symetrii. Jeżeli więc mieliście do tej pory obawy przed kupieniem małego motocykla, bo nie wyglądał wystarczająco potężnie, na Inazumie przestaje to być problemem.

 

Odczucia zmieniają się jednak po zajęciu miejsca na kanapie. Jest ona osadzona całkiem nisko (780  mm), podnóżki są wysoko, a kierownica blisko ciała, przez co nie wymusza na nas pochylonej pozycji. To wszystko sprawia, że ja, mając raczej przeciętne 177 cm wzrostu, musiałem usiąść na tylnej części kanapy. Wyżsi ode mnie mogą mieć problem z komfortowym podróżowaniem motocyklem na dłuższych trasach. Z kolei początkujący będą zachwyceni – Inazuma dzięki takiej pozycji jest idealna do nauki jazdy i bezstresowego przeciskania się przez miasto. Warto przy okazji zauważyć, że jednoczęściowa kanapa jest bardzo przyjazna dla pasażera, który dzięki solidnemu uchwytowi i przetłoczeniu w plastikach na palce śmiało wytrzyma tyle samo kilometrów w siodle, co kierowca.

Silnik i osprzęt

Inazumę napędza dwucylindrowy silnik rzędowy. Stalowa rama i klasyczny widelec to coś, czego należało się spodziewać w motocyklu kosztującym 17.900 zł, ale już pojedyncza tarcza z dwutłoczkowym zaciskiem przy przednim kole codziennie będzie psuła Wam humor. Suzuki poczyniło oszczędność, której nie widać w cenie, a bardzo czuć podczas jazdy. Opony firmy IRC nie zachwycają, ale też w zupełności wystarczą przy tych osiągach.

 

Jazda

Pierwsze, co rzuca się w oczy po zajęciu miejsca na kanapie Suzuki to fantastyczne zegary. Po raz kolejny widać tu wpływy z B-Kinga. Centralne miejsce zajmuje ozdobiony chromowaną ramką, czytelny obrotomierz. Prędkość podana jest w formie cyfrowej przy prawym, dolnym skraju wyświetlacza, a reszta kontrolek znajduje się po lewej stronie. To połączenie najlepsze z możliwych. Mało tego, w seryjnym wyposażeniu Inazumy 250 znajdziemy wyświetlacz biegów, co stanowi prawdziwy ewenement wśród tej klasy pojemności. W tym miejscu olbrzymi plus dla Suzuki, bowiem gadżet ten będzie bardzo przydatny dla potencjalnych, początkujących motocyklistów.

 

Odpalamy silnik. Oczywiście po 250-tce szału i soczystych dźwięków nie można wymagać, ale dzięki podwójnej rurze wydechowej miałem wrażenie, że motocykl brzmi bardzo przyjemnie. Po ruszeniu w zasadzie wszystko odbywa się tak, jak byśmy się tego spodziewali. Krótkie przełożenia skrzyni biegów sprawiają, że zanim rozpędzimy się do setki najpewniej będziemy mieli wbity już czwarty bieg. Silnik najlepiej czuje się pomiędzy 5-8 tys. obrotów i jeżeli będziemy utrzymywać ten zakres, Inazuma odwdzięczy się osiągami. Jeżdżąc po mieście biegami trzeba często wachlować, ale z drugiej strony pozytywnie wpływa to na ogólną dynamikę motocykla, przynajmniej przy prędkościach rozwijanych w terenie zabudowanym.

 

Krótkie przełożenia złośliwie przypomną się gdy tylko wyjedziemy na trasę. Maksymalna prędkość podróżna, która nie będzie męczyła motocykla wynosi 90-100 km/h. Dalsze przyspieszanie określić możemy powolnym nabieraniem prędkości. Jeśli tylko starczy nam wytrwałości wskazówka zatrzyma się przy 140 km/h, które możemy na sprzyjającej trasie bez wzniesień osiągnąć prawie zawsze. Osoby bez litości dla silnika (lub testerzy MOTOGEN.) wycisną maksymalnie 150 km/h, które osiągane jest przy… odcięciu zapłonu i pozycji rodem z wyścigów MotoGP.

 

 

Jeżeli chodzi o prowadzenie Inazumy, wszystko jest jak najbardziej w porządku. Motocykl jedzie pewnie i stabilnie, zarówno w ostrych zakrętach, jak i podczas prób bicia rekordu prędkości na autostradzie. Jedyne zastrzeżenie mam do jego zachowania podczas powolnych manewrów między autami. Prawdę mówiąc, to trochę szukanie dziury w całym, ale chodzi tu o masę motocykla. Suzuki waży dokładnie 183 kilogramów, co wynosi o całe 10 kg więcej niż motocykle konkurencji – nawet te zabudowane owiewkami. Tę różnice czuć jeżeli chcemy dynamicznie przeciskać się w korkach. To trywialne stwierdzenie, ale po prostu Inazuma prowadziłaby się jeszcze lepiej gdyby była lżejsza właśnie o te wspomniane 10 kilogramów.

Podsumowanie

Suzuki długo kazało czekać na Inazumę. Oczywistym było, że prędzej czy później ten motocykl będzie musiał się pojawić. Prywatnie miałem więc wobec niego spore wymagania, konstruktorzy mieli w końcu kilka lat na podpatrzenie konkurencji i wyciągnięcie wniosków. Do tego nakedy od Suzuki zawsze robiły na mnie świetne wrażenie – B-King niezapomniane, ale to zupełnie inna historia.

 

Sam nie wiem jaki werdykt będzie sprawiedliwy. Z jednej strony nowa 250-tka od Suzuki spełnia rolę roboczego wołka, który dowiezie nas względnie dynamicznie i bardzo tanio z punktu A do punktu B. Podczas testu motocykl przy dynamicznej jeździe spalił tylko 4,5 litra. Laureaci konkursów na ecodriving pewnie zejdą do 3. Do tego dzięki prostej konstrukcji wątpię, aby motocykl mógł nas kiedykolwiek zawieść. Inazumie brak jednak takiej iskry, ekscytacji i energii. Poruszanie się małym motocyklem wcale nie musi być nudne, zależy jak do tego podejdziemy. Jazda motocyklem to nie tylko prędkość maksymalna i przyśpieszenie, ale cała masa czynników, które mogą sprawić, że po zejściu z motocykla nawet po najdłuższej trasie będziemy chcieli jeszcze i jeszcze. To dała mi Kawasaki Ninja 300, trochę dało się to odczuć na Hondzie CBR 250, a w Inazumie… cóż, szukałem, ale nie znalazłem.

 

Z kolei jeśli szukasz motocykla na codzienne dojazdy do pracy i nie pasuje Ci sportowa stylistyka CBR i Ninja, do tego szukasz sprzętu o odpowiednim gabarycie – Inazuma może być strzałem w 10tkę!

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany

Więcej w Testy Moto
Yamaha Dragstar 1100 Custom – Zawadiaka

XVS 1100 Custom roztacza wokół siebie aurę zawadiaki i buntownika, a jednocześnie możemy traktować go jak kumpla, który nie wymaga...

Zamknij