Po doświadczeniach z poprzednim modelem Duke R czekałem na odbiór motocykla niczym na nowy rower na Pierwszą Komunię. Pomimo tego, że KTM nie zachwyca podczas studiowania danych technicznych jazda na nim na długo zapada w pamięć. Wspomnienia lekkiego funbike’a wyposażonego w najwyższej klasy osprzęt towarzyszyły mi w drodze do dilera. Jakie było moje rozczarowanie, gdy pierwszy raz zobaczyłem nową odsłonę sześćset dziewięćdziesiątki. To tak jak po rozpakowaniu wymarzonego roweru okazałoby się, że zamiast BMX dostaliśmy „damkę” i nie czarną, a różową. Otóż po radialnej pompie hamulcowej, regulowanemu zawieszeniu i kosmicznym wyglądzie pozostało wspomnienie. Nowy Duke wygląda jak uczesany i wymyty John Rambo. Niby wojownik, ale bardziej wirtualny, niż rzeczywisty. Po chwili kontemplacji nad motocyklem odnajdujemy przyczynę niezadowolenia. Otóż rozczarowanie dnia dzisiejszego jest sponsorowane przez literkę „R” – a właściwie jej brak. Poprzedni Duke, który swoimi właściwościami jezdnymi doprowadzał do stanów euforycznych nie cierpiał na brak owego symbolu. Wierząc, że w niedalekiej przyszłości zobaczymy wersję R nowego modelu dalsze narzekanie nie miało sensu.

 

KTM przesączony przez filtr wyrozumiałości okazał się rewelacyjnym naked bike-iem. W stosunku do poprzednika motocykl został ucywilizowany, przez co jest bardziej komfortowy. Nie jest to dobra wiadomość dla maniaków ulicznego terroru, dla których im mniej wygodnie – tym lepiej, jednak powinno pozytywnie odbić się na sprzedaży modelu. Dzięki niewielkiej masie Duke-a zmiana kierunków przychodzi z taką łatwością, jak bujanie konika na biegunach. Oprócz lekkości złożenia dysponuje bardzo przyzwoitą stabilnością. Dopiero, gdy wprowadzamy nagłą korektę linii przejazdu lub pokonujemy nierówny zakręt sytuacja staje się nerwowa. Biorąc pod uwagę nieskomplikowaną konstrukcję zawieszenia można uznać takie zachowanie za akceptowalne. Na pozór ubogi układ hamulcowy poraża skutecznością. Pojedyncza tarcza hamulcowa obsługiwana przez promieniowy zacisk jest zupełnie wystarczająca do wyhamowania KTM-a. Jedyne życzenie dotyczy pompy hamulcowej. W tym miejscu widzielibyśmy radialny produkt Brembo, tymczasem musimy zadowolić się „klasyczną” pompą. O „upgrade” tego elementu podejrzewamy przyszłą wersję R, wtedy układ będzie można nazwać perfekcyjnym.

 

Pomimo tego, że nowy KTM jest o wiele bardziej dojrzały od swojego poprzednika (w kwestii codziennej użyteczności) nie stracił swojego łobuzerskiego charakteru. Poderwanie przedniego, czy tylnego koła przychodzi z dziecinną łatwością. Od tego faktu ważniejsza jest kontrola, którą posiadamy nad motocyklem podczas takich ewolucji. Tej nie da się ocenić inaczej niż wzorowa. System „Ride by wire” połączony ze świetnym wtryskiem paliwa pozwala na optymalne zarządzanie mocą i momentem obrotowym. Skrzynia biegów przepina kolejne przełożenia szybciej niż kałasznikow wypluwa pociski. Rozłożenie masy 690 powoduje, że bez problemu odnajdziemy bezpieczny punkt bliski balansowi podczas stoppie. Motocykl jest zatem idealnym narzędziem do zabawy nie tylko dla wprawionych osób ale i tych, które chcą się nauczyć kreatywnej jazdy.

 

Możliwości średniego Duke-a wizualizuje film i zdjęcia, które możecie zobaczyć na tej stronie. Jeśli podoba się wam to co widzicie. Klikajcie i udostępniajcie pozwoli to na tworzenie większej ilości tego typu materiału. Tutaj możecie przeczytać pełen test KTM 690 Duke.

 

Więcej w Testy Moto
Moto Guzzi V7 Stone

Historia serii V7 sięga połowy lat 60-tych, kiedy to w 1965 roku na targach w Mediolanie pierwsze Moto Guzzi o...

Zamknij