Kuba: Było sobie dwóch braci jeden dobry drugi zły; taki początek mają opowieści ciotek i wujków z dalekich stron; w podobny sposób rozwija się fabuła kilkudziesięciu dalekowschodnich filmów kina klasy B. W pierwsze ciepłe, wiosenne dni Triumph przywalił z grubej rury i do testów otrzymaliśmy motocykle ze wspólnymi genami – Thunderbirda i Thunderbirda Storm.
 

Olaf: A dupa prawda! Nie można tu wprowadzać podziału dobry i zły. Jest to kwestia indywidualnego wyboru – który lepszy dla kogo. Motocykle reprezentują dwa światy. Spokojny i stateczny, stonowany walec drogowy w zestawieniu z jakże podobnym dzikusem, niepokornym i wojowniczym.

Thunderbird

Kuba: Zwykły Thunderbird jest cruiserem i to jego największa wada. Cieszy oko na podjeździe do domu, jest świetnie wykończony, a silnik o pojemności niemal 1.6l pozwala na przyjemną, odprężającą jazdę dla kierowcy i pasażera. Hamulce są relatywnie skuteczne, ale geometria zawieszenia i jego twardość przypomina grubasa próbującego wziąć udział w zajęciach z akrobatyki. Tragedia i dziecięcy materac. Nie da się nim jechać szybko-co najwyżej wygodnie. W czasie dynamicznej jazdy motocykl wężykuje bardziej niż będący pod ochroną zaskroniec. Pozycja jest odprężona, ale niezbyt ekstremalna-dlatego T-bird świetnie sprawdzi się jako pojazd, do spokojnej, wygodnej jazdy z prędkościami zarezerwowanymi dla podmiejskich autobusów. Lusterka są nieco za wąsko rozstawione. Podczas kontemplacyjnej jazdy przejedziemy ponad 300km na jednym baku a w razie potrzeby dysponujemy dużo większą ilością momentu obrotowego, niż dostarczają umięśnione, krótkie nogi statystycznej Niemki ciągnącej w polu bronę. Wibracje są pozytywne i mało uciążliwe. Mimo miękkiego zawieszenia motocykl pozwala poczuć dużo radości w czasie cruisingu, ma własny styl, wysoką jakość detali a dzięki napędowi pasem zębatym czynności obsługowe zostały mocno zredukowane. Pojemne kufry i turystyczna szyba (za krótka) przekształcają go w turystyka. Mi najbardziej przypadł do gustu fakt, że nie jest bezpłciową kopią Harleya-Davidsona, tylko hybrydą klasycznego stylu, oraz silnika o konfiguracji cylindrów typowej dla starszych Triumphów. Jazda w deszczu obnaża słabą ochronę przed czynnikami atmosferycznymi, a elementem poprawiającym samopoczucie byłby ABS (dopłata ok. 2tyś). Pomimo wad nakręciliśmy nim sporo kilometrów, pasażerka tylnego siedzenia szybko przekonała się do miękkiego zawieszenia. Motocykl jest poręczny i zwinny, jak na tą klasę. Manewrowanie w korkach nie sprawia żadnych kłopotów – radzi sobie zadziwiająco dobrze.

 

Olaf: Dobry motocykl. Bycie cruiserem nie jest jego wadą, on jest cruiserem i takie było jego przeznaczenie. Toczy się, jak walec drogowy, miele tylną oponą, dobrze wygląda bez zbędnych ozdóbek i pierdółek, chociaż nasz pojazd testowy został wyposażony w szybę (taką akurat, spoko, spoko), którą natychmiast zdemontowałem. Wybaczcie, ale ta szyba, jest taką samą porażką, jak podobne wynalazki u konkurentów (np. H-D). Zgroza i pożoga, zniekształca i przekłamuje. Jak poszła w cholerę, to było całkiem nieźle. Motocykl prowadzi się poprawnie, bardzo poprawnie, jeśli zachowujemy prędkości tzw. rozsądne i przepisowe. Natomiast przy próbie jakiejkolwiek grubszej napierdówy, Thunderbird stara się jak najmocniej wężykować, nie tylko w zakrętach, ale nawet na prostej. Całość można zniwelować zwiększeniem napięcia wstępnego sprężyn tylnych amortyzatorów. Kubie się nie podobało, bo on jest wielki i ciężki, jak trol górski, więc miał problemy. Oczywiście, jeśli z uporem maniaka wykorzystywać będziemy dostępny, masakrujący zwoje mózgowe, moment obrotowy, raz, że tylna guma szybko zakończy swój żywot, a dwa, motocykl będzie trochę „pływał” na zawieszeniach. Mimo wszystko, zwrotny jest nad wyraz – to zaleta niewielkiego, jak na takiego kloca o masie mastodonta, rozstawu osi. Praca samego silnika, to bajka. Dwa gary w rzędzie plus chłodzenie cieczą, wykazują bardzo wysoką kulturę pracy, brak efektów „cofki” i nawet znikomego strzelania w puchę filtra powietrza. Mamy do czynienia z Brytyjczykiem najwyższej klasy, ale idącym z duchem czasu i na wskroś nowoczesnym. Do tego widać, że chłopaki z Triumpha dostrzegli, jak skutecznie konkurować z legendą zza Oceanu, tworząc naprawdę dobrego cruisera z wlasnym sznytem i stylem, chociaż idącego w kierunku klasyki gatunku. Wielkie brawa. …Storm jest niski, długi, umiarkowanie szeroki, ma żal do otaczającego go świata, jest agresywny i zupełnie się z tym nie kryje…

Thunderbird Storm

Kuba: Niektórzy osobnicy mają prosty, a jakże genialny zasób słów: zniszczenie, striptease, mord, przemoc, nienawiść. Co innego, niż duża ilość chromu, miękkie, wygodne zawieszenie, przyjazny, elastyczny silnik i modlitwa Św. Krzysztofa przyklejona na baku, bo są im tak samo potrzebne, jak rude włosy latynoskiemu playboyowi. Specjalnie dla nich przygotowano wersję Storm

 

Kierownica zwykłego T-Birda wylądowała w śmietniku, chociaż jej historia ma jeszcze krótki epizod-stała się przedmiotem zażartej walki pomiędzy złomiarzami. Podobny los spotkał reflektor, wydechy i wnętrzności silnika. Większość części chromowanych zastąpiono czarnym matem. Uzyskany efekt jest wyjątkowo miły dla oka i super się komponuje z resztą motocykla, która w testowym egzemplarzu miała jedyny słuszny, kojarzący się z samym złem, kolor czarny. W miejscu pojedynczego reflektora umieszczono podwójny, skuteczny, znany z najbardziej hardcore’owych modeli firmy. Dzieła dopełnia prawie prosta kierownica, wysunięte do przodu podnóżki i zestaw podnoszacy pojemność do 1.7litra. Motocykl wygląda groźniej niż monster-trucki – przyciąga wzrok, a co ważne brak mu barokowo-bazarowych upiększaczy. Nasz egzemplarz wyposażono w gmole i lusterka z listy części dodatkowych oraz wydechy zapewniające szacunek wśród kierowców ciężarówek reagujących nerwowym rozglądaniem się ze swoich kabin w poszukiwaniu spadającego B-52. Storm jest niski, długi, umiarkowanie szeroki, ma żal do otaczającego go świata, jest agresywny i zupełnie się z tym nie kryje.

 

Kierowca musi lubić tortury. Motocykl zestrojono sztywno; po kilkudziesięciu kilometrach nasz kręgosłup sygnalizuje swojemu właścicielowi: „albo ja, albo Storm” a budzące w skazańcach lęk – krzesło elektryczne – wydaje się babcinym fotelem . Reakcja na otwarcie gazu jest gwałtowna, bez względu na bieg i dotychczasową prędkość – wyprzedzanie wszelkich użytkowników drogi szybsze, niż wymówienie słów: „placek z jagodami”. Warto wspomnieć, że wzorem zwykłego T-birda – Storm, mimo silnika rzędowego, ma przestawione czopu wału korbowego – jego charakterystyka i dźwięk mocno przypomina tradycyjne V2. Motocykl prowadzi się wyjątkowo dobrze jak na power-cruisera. Szybkością pokonywania zakrętów nie odbiega znacząco od kilkuletnich nakedów i obiecująco hamuje (testowany egzemplarz miał ABS). Storm jest zdecydowanie „neighbours unfriendly”. Przejeżdżając przez warszawski Żoliborz o pierwszej w nocy, mimo obrotów bliskich jałowym widziałem, jak w coraz większej ilości mieszkań zapalało się światło. Tych, którzy nie wstali przez dźwięk wydechu – należny tylko władcom gromów – obudziły alarmy samochodowe. Jazda z pasażerem jest możliwa, ale w przeciwieństwie do zwykłego T-birda wyjątkowo nieprzyjemna. Nasz redakcyjny fotograf po 30 kilometrowej trasie zsiadając z motocykla stwierdził: „czuję, jakby ktoś mi wbił wiadro gwoździ w prostatę”. Motocykl prowadzi się pewnie, lubi gwałtowną, ostrą jazdę – mimo zastosowania opony o szerokości 200mm pokonuje koleiny niczym antybiotyk wstrętne bakterie. W stosunku do swojego grzeczniejszego brata zachowuje się jak dowolne uzależnienie: daje radość, wykańczając po cichu swojego właściciela. …zwykły Thunderbird jest zdecydowanie bardziej cywilizowany, przyjazny, spokojny i rozpieszcza swego właściciela komfortem na zakrętach; zostaje jednak z tyłu…

 

Olaf: Jak to jest mieć w swojej ofercie jednego z najlepszych power-cruiserów na rynku? Nie wiem, zapytajcie Brytoli, może Wam odpowiedzą. Ja ujmę to krótko – ten motocykl, to piekło w czystej postaci. Nie szkodzi, ze moc, to niecałe 100KM, nie szkodzi, że w porównaniu do starszego brata, stanowiącego podstawę dla Storma, maksymalne wartości momentu obrotowego wydają się być przeniesione w wyższe partie obrotów. Storm jest ascetyczny, minimalistyczny i czarny, jak piekielne czeluście, zgodnie ze starą zasadą: Chrome Won’t Get You Home. Nie pisane są mu żadne gówniane ozdóbki. To zabawka dla dużych chłopców, którzy wykażą się posiadaniem stalowej moszny. Ze świateł odpala tak, że smutna godzina nastaje dla większości maszyn, usiłujących stawać z nim w szranki. W głowie cały czas tworzyło mi się porównanie Storma z Dyna Fat Bob, którą można ustawić z Triumphem w jednym szeregu – jednośladowych skurwieli. Jednak Trumpet wykazuje się większym animuszem i rządzą destrukcji otaczającego nas świata. Do tego, zgrabnie lata po winklach, chętnie skrobiąc podnóżki o asfalt i sadząc marchewy z wydechów. Jest typem streetfightera, którego duszę ktoś upchnął w szatki cruisera. Z wielką chęcią i bananem na pysku, zrobiłem nim ponad 1000 km, z czego jakieś 666 jednego dnia. Była spokojna jazda, powolne przetaczanie uliczkami miast, ale i szybkie przeloty autostradowe (szafę zamyka i wychyla dalej wskazówkę prędkościomierza). A jak komuś nie odpowiada twarde siodło, sztywne zestrojenie zawieszeń, to niech da sobie spokój. Ten motocykl ma być DOKŁADNIE taki, jak jest. Fakt, że pasażerka musi bardzo kochać kierowcę, żeby zdecydować się na dłuższy wypad w roli „plecaka”, lub też znajduje jakieś inne, bardzo ważne ku temu powody. Miałem okazję przejechać się przez chwilę na siodle pasażera, zaistniała taka konieczność. No w mordę, jest hard core, dodatkowo Kuba namawiał mnie, żebym objął go w pasie (muszę pogadać z jego Narzeczoną, bo wydaje mi się, że całe to jego macho – hetero, to ściema), ale wolałem szukać innych punktów zaczepienia, np. górnych mocowań amortyzatorów. Tym bardziej, ze kiedy zamienialiśmy się motocyklami, Jakub z cieknącą z ust śliną wpatrywał się w akcesoryjne kuferki obszywane skórą i wstrętną szybę. Pasował mu sprzęt, jak nikomu, ja natomiast zakochałem się w Stormie.

Który lepszy?

Kuba: Ciężko odpowiedzieć na to pytanie; nam do gustu dużo bardziej przypadł Storm. Ma indywidualny charakter, niezłe osiągi jak na cruiserowe standardy, jest szybki i poręczny. Od pierwszego kontaktu obiecuje dużo i to spełnia. Niestety ma pewne wady: po kilkudziesięciu kilometrach szybkiej jazdy po naszych drogach, kierowca ma ochotę wrzucić go do rowu i podpalić, krzycząc „dlaczego nie wybrałem zwykłego Thunderbirda?!!”. Strom jest niezastąpiony na dobrej nawierzchni, jeśli ktoś chce zrobić wrażenie pod knajpą, ruszyć pozostawiając długą krechę na asfalcie, lub wypalić tylną oponą napis: „pain” lub „fear”. Zwykły Thunderbird jest zdecydowanie bardziej cywilizowany, przyjazny, spokojny i rozpieszcza swego właściciela komfortem na zakrętach; zostaje jednak z tyłu. Cechą obydwu modeli są siedemnastocalowe alufelgi o ciekawym kształcie, na które bez problemu założymy bardzo przyczepne opony z motocykli sportowych, prześliczna konsola z zegarem i obrotomierzem na baku, komputer pokładowy oraz ładna, tylna lampa oparta na diodach LED. Ceny Triumpha Thunderbirda zaczynają się od 52.900 zł, Thunderbird Storm jest droższy o ok. 3000 zł. Biorąc pod uwagę prestiż marki, osiągi i prowadzenie – oferta wydaje się być atrakcyjna szczególnie w porównaniu z produktami zza wielkiej kałuży.

 

To zadziwiające, w jak prosty sposób, przy niewielkich nakładach finansowych, technikom Triumpha udało się stworzyć tak różniące się charakterem motocykle. Są jak Starsky i Hutch, Mikey i Mallory lub Bolek i Lolek – wzajemnie się uzupełniają. W rodzinie T-birda zły brat nie będzie walczył z dobrym -na rynku motocyklowym jest miejsce dla nich obydwu.

 

Olaf: Może i są, jak Starsky i Hutach, ale co ma do tego Bolek i Lolek? To nie gejowska parka z bajki dla dzieci, gdzie dwaj bohaterowie byli takimi samymi lamusami i nie chcieli tknąć Toli! Aczkolwiek, racja, oba motocykle znakomicie uzupełniają się. „Zwykły” Thunderbird jest znakomitą propozycją dla wszystkich, którzy mają dosyć japońszczyzny i udawania czegoś, a konie z Milwaukee są dla nich lekko pretensjonalne. Nie zapominajmy o jednym, bardzo istotnym fakcie – Triumph jest najstarszą z motocyklowych marek na świecie, więc tradycje mają bogate i doświadczenie naprawdę spore. Fakt, że w kategorii cruiser, ich doświadczenia opierały się na przerośniętym Rocket III i jego klonach, oraz na modelu America, jednak Thunderbird okazał się być strzałem w dziesiątkę. A Storm niszczy system – jest tak pokorny, jak brytyjski kibic w czasie rozgrywek ligi angielskiej. Dlaczego stawiamy na Stroma? Bo nie lubimy pokornych sprzętów! A na koniec powiem jeszcze jedno: oba sprzęty maja rewelacyjne hamulce! Udało mi się skutecznie doprowadzić tarcze do zmiany barwy na fioletowo-brązową, ale nie straciły nic na skuteczności. Nie są spowalniaczami, potrafią osadzić szpeje w miejscu. ABS bywa nadpobudliwy i jego działanie potrafi podnieść lekko ciśnienie w układzie krwionośnym kierowcy, jednak Angole nie sugerowali się zapewne jakością naszych dróg.

Więcej w Testy Moto
Honda Hornet 600 – po liftingu

Hornet 600 już w chwili debiutu pierwszej generacji w 1998 roku z miejsca stał się bestsellerem. Ciekawa stylistyka, nieprzeciętna jakość...

Zamknij