Bandit – nic więcej dodawać nie trzeba. Synonim trwałości i niezawodności. Motocykl, który może nigdy nie wyróżnia się w tabeli osiągów i w niczym nie jest „naj”, za to od lat znajduje rzesze oddanych mu motocyklistów, którzy świata poza nim nie widzą. Niektórzy kupują go z rozsądku, inni z uwielbienia dla charakteru niczym niewyróżniającego się wołka roboczego, który dowiezie nas zawsze i wszędzie.
 

Celowo nie podałem pojemności, bo powyższy opis doskonale pasuje zarówno do mniejszego, jak i większego Bandita. Jednak w tym drugim przypadku do gry wchodzą całkiem sympatyczne osiągi, rozwijane nie dzięki kosmicznym technologiom, lecz dzięki filozofii pasującej raczej do amerykańskiego powiedzenia „Nothing beats cubic inches!”. W końcu czterocylindrowy „litr” nie może nie jechać.
 

Zanim jednak przejdziemy do opisu dużego GSX, cofnijmy się nieco w czasie. Mamy rok 2007. Suzuki prezentuje następcę sportowo-turystycznego modelu GSX-F. Popularny „imbryk” czy „mydelniczka”, jak zwykło się kiedyś przezywać te motocykle, okazał się niczym innym, jak ubranym w modnie skrojone owiewki Banditem 650. Oczywiście, można było mieć pretensje do Suzuki, że nowy model został przygotowany po taniości i w praktyce technicznie niczym nie różni się od Bandita. Suzuki jednak najwyraźniej wiedziało co robi. Bo czy sprawdzona od lat konstrukcja, która cały czas spełnia swoje zadanie, a teraz na dodatek atrakcyjnie wygląda, mogłaby mieć jakiekolwiek problemy z odniesieniem sukcesu rynkowego?
 

Nietrudno się było domyślić, że tylko kwestią czasu jest, kiedy również i duży Bandit dostanie sportowo wymodelowane owiewki i zacznie pod tą postacią nazywać się GSX 1250 FA .…GSX 1250 FA nie jest motocyklem, który określić moglibyśmy „posiada wiele części zapożyczonych z Bandita”. On nim po prostu jest…

Tak też się stało. Duży GSX-F bez wielkiego szumu medialnego i zapewnień producenta o wyższości nad wszystkim, co do tej pory widziała Ziemia, pojawił się na rynku. W chwili premiery moja ekscytacja tym modelem była taka, jakby istniał on w ofercie od dobrych kilku lat. GSX 1250FA po prostu nagle zaczął być.
 

Co zatem oferuje nam Suzuki w swojej nowości na sezon 2k10? Przede wszystkim ustalmy jedno. GSX 1250 FA nie jest motocyklem, który określić moglibyśmy „posiada wiele części zapożyczonych z Bandita”. On nim po prostu jest. Pytanie tylko: czy to źle?
 

Pod owiewkami

Grzbietem konstrukcji jest stalowa rama rurowa, która nawet przy dzisiejszych zaawansowanych konstrukcjach ze stopów lekkich, zważywszy na osiągi, radzi sobie bardzo przyzwoicie. Do tego dochodzi klasyczny zestaw zawieszenia, wyposażony w regulację napięcia wstępnego przodu i tyłu. Z jednej strony nieco biednie, z drugiej znowu muszę przyznać, że całość dobrze daje radę. Zestrojenie zawieszenia i geometria ramy nakłaniają raczej do turystycznej jazdy, rozpieszczając wtedy komfortem i stabilnością. Oczywiście, szybkie, autostradowe przeloty i cięcie ostrych zakrętów również są możliwe i dają kupę frajdy, ale pamiętajcie, że nie będzie to przekładanie motocykla od ucha do ucha samą myślą, a raczej zaplanowany i poprawnie wykonany przeciwskręt.

Piec na sześć

Jednostka napędowa to dobrze znany generator momentu obrotowego. Zachwyty nad tym silnikiem Suzuki nie biorą się z niewyobrażalnie wielkiej mocy, bo ta wynosi zaledwie 97 KM, co – jak na pojemność 1255 ccm – nie jest imponującym wynikiem. Cała tajemnica tkwi w momencie wynoszącym 108 Nm osiąganym już przy 3700 obr./min. Do tego dochodzą perfekcyjnie działające wtryski i idealnie gładka praca, która, na szczęście, ma jeszcze gdzieś głęboko w genach pamięć po nieco bardziej szorstkim charakterze poprzedniej jednostki dużego Bandita. Efekt? Niezależnie od wybranego przełożenia, po odkręceniu manetki silnik przyspiesza z energią mogącą zwinąć asfalt i wessać do układu dolotowego przejeżdżający obok tramwaj. Nie jest to jednak zachowanie potrafiące wyrwać stawy z barków, przez co wyjazd tym motocyklem nie będzie wymagał zabierania ze sobą zapasowej pieluchy.

 

 

Mamy za to harmonijnie przyspieszający motocykl, który, nawet załadowany bagażami na dwutygodniowe wakacje, bez zająknięcia i bez nerwowej redukcji biegów płynnie i skutecznie przyspieszy w każdej sytuacji.

Osprzęt

Mając do dyspozycji całkiem niezłe przyspieszenia, warto mieć możliwość bezpiecznego wyhamowania. Tu do pomocy wkracza zestaw trzech tarcz z zaciskami Tokico i systemem ABS. Wrażenia z hamowania można przyrównać do średniej całego motocykla – skutecznie, choć bez rewelacji. Gorzej wypada zastosowany ABS, po którym czuć upływ lat, zwłaszcza w porównaniu do konkurencyjnych rozwiązań BMW i Hondy. System zapobiegający uślizgom koła wkracza do akcji zdecydowanie zbyt wcześnie, a częstotliwość jego pracy woła o pomstę do nieba. Jestem pewien, że spokojnie wypowiadając te słowa na głos, akurat zmieściłbym się w trybie jego pracy: odpuścił, złapał przyczepność, odpuścił, złapał przyczepność… Do tego jego działanie jest wyraźnie odczuwalne na klamce i pedale hamulca. Panowie, proszę, poprawcie to!Suzuki GSX 1250 FA, przy całej swojej turystycznej otoczce, nadal pozostaje całkiem kompaktowym, zgrabnym, lekkim i uniwersalnym motocyklem…

 

Na szczęście, jest to jedna z niewielu wad Suzuki GSX 1250 FA. Oświetlenie przednie, które zapożyczono z poprzedniej generacji wyścigowej serii GSX-R, dobrze spełnia swoje zadanie. Szeroko rozstawione lusterka dają doskonałe pole widzenia na to, co dzieje się za naszymi plecami. Kolejną częścią przeniesioną z „Gixera” jest zestaw zegarów, który oprócz wszelkich standardowych danych, pokazuje nam numer aktualnie wybranego biegu oraz świeci po oczach regulowanym shiftlightem, jeżeli obrotami zaczniemy zbliżać się do czerwonego pola.

 

Turystyczne wojaże z pewnością umili wygodne, regulowane siodło oraz 19-litrowy zbiornik paliwa, co przy spalaniu na poziomie 6–7 l/100 km daje przyzwoity zasięg.

Diagnoza

Tegoroczna nowość Suzuki to doskonała odpowiedź na zapotrzebowania rynku. Spece z Hamamatsu dobrze zdają sobie sprawę, że rzesze motocyklistów, zamiast atomowego przyspieszenia i komfortu równego przejażdżce na taczce, poszukują względnie taniego, niezawodnego i uniwersalnego pojazdu, na którym można polegać, któremu można zaufać i związać się z nim nie z miłości, a z rozsądku.

 

GSX-F, przy całej swojej turystycznej otoczce, nadal pozostaje całkiem kompaktowym, zgrabnym, lekkim i uniwersalnym motocyklem, którym spokojnie będziemy mogli przemieszczać się zgodnie z tym, co przyniesie proza życia codziennego.

 

Jedyne, co nie daje mi spokojnie wystawić oceny „świetny”, a tylko „bardzo dobry”, jest zbyt mała rozbieżność między tym, co oferuje nam Suzuki. Chcąc kupić uniwersalny i mocny motocykl do miasta, kupimy Bandita. Chcąc pokonywać na nim dłuższe trasy i bawić się w turystykę, kupujemy Bandita w wersji S. Po co więc kupimy F-kę? W jeszcze większym ukierunkowaniu ją na turystykę przeszkadza mi owiewka, która, choć dobra, mogłaby chronić lepiej. Do pójścia w stronę sportu w praktyce brakuje nieco niższej kierownicy, później narzekać można by na brak regulacji zawieszenia. Czym zatem jest GSX 1250 FA? Sam nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć… Wart odnotowania jest fakt, że GSX jest kawałem solidnego motocykla za stosunkowo niedużo kasy. Owszem, wszyscy wiemy, że ceny nowych motocykli w Polsce powariowały. Jednak 38.000 zł to 6 tys. zł taniej niż za Hondę CBF 1000 z systemem ABS, nie mówiąc już o astronomicznych 51.500 za Yamahę FZ1. W tym wypadku propozycja Suzuki wydaje się “do przełknięcia”.

Podsumowanie

Co by nie było, „Gixef” to jednak tylko albo aż oplasticzony Bandit. Jeżeli szukasz motocykla, który, co prawda bez szału, ale sprawdzi się w 99% możliwych sytuacji, który będzie tani w eksploatacji i wierny aż do bólu i do tego będzie przystępnie wyglądał, bierz w ciemno. Jeżeli jednak szukasz dla siebie sportowego motocykla, dającego kopa adrenaliny, a zmyliły Cię owiewki, daruj sobie. Mimo mocarnego silnika, to tak jakbyś się cofnął do czasów liceum, w którym okazuje się, że Twoja najgrubsza koleżanka z klasy najszybciej biega na 400 metrów. Fajnie, ale i tak jej nie chcesz…
 

Plusy:
– solidna i sprawdzona konstrukcja,

– płynnie reagujący na gaz, mocny silnik,
– komfortowe warunki podróży,
– mimo turystycznego przeznaczenia, nadal uniwersalny.
 

Minusy:
– mało porywający charakter i stylistyka,
– brak możliwości regulacji zawieszenia,
– kiepsko działający system ABS.

Więcej w Testy Moto
Brubeck Dirt – termoaktywna bielizna nie tylko dla offroadowców

Marka Brubeck pojawiła się na rynku w 2005 roku. Jest to całkowicie polska firma, która zajęła się niszowym jeszcze wtedy...

Zamknij