Fenomen supermoto od dawna mnie zastanawiał. W końcu jaki jest sens zmuszania typowo terenowego motocykla do jazdy po asfaltowych drogach? Przecież istnieją sprzęty od podstaw przygotowane do tego zadania, które na ulicy powinny zachowywać się znacznie lepiej… Jak się okazuje, beznadziejne z pozoru pomysły potrafią być genialne! Suzuki DR-Z 400 to konstrukcja znana już na naszym rynku od kilku lat. Dodatek SM w nazwie testowanego przez nas motocykla oznacza przystosowanie go do jazdy po asfalcie. Cały sekret to mniejsze koła obute w szosowe opony (Dunlopy Sportmax D208), twardsze zawieszenie z przodem wyposażonym w system upside-down oraz skuteczniejsze hamulce. Z takim pakietem bez oporów można ruszać na podbój miasta.

Technicznie rzecz biorąc

Silnik Suzuki DR-Z 400 SM nie należy do mocarzy – to fakt. Wyciągnięte z 398 ccm 38 KM może wydawać się z początku śmieszną wartością. Jednak wszystkim malkontentom natychmiast zamykają się jadaczki, gdy tylko wsiądą i odkręcą gaz. Mała żółta wścieklizna wyrywa do przodu aż miło. Wszystko to dzięki niskiej masie i odpowiednio zestopniowanej skrzyni biegów. Silnik bardzo lubi wysokie obroty i wcale nie słabnie w „czerwonym” zakresie, jak to mają w zwyczaju jednocylindrowe jednostki. Paradoksalnie, swoją charakterystyką wybacza wiele błędów. Przeciągnięcie na drugim biegu? Ostra redukcja przed wejściem w zakręt? Proszę bardzo! Serducho DR-Z wszystkie te wyczyny przyjmuje ze spokojem, wybaczając mniej wprawionym jeźdźcom bardzo wiele.


Kręgosłup naszego bohatera, to prosta, jednorurowa stalowa konstrukcja. W swoim nowym żywiole jakim jest miejska dżungla, sprawdza się jak najbardziej poprawnie, nie dając powodów do obaw jeżeli chodzi o sztywność, wytrzymałość i pewność prowadzenia.

W tym ostatnim na pewno swój udział mają również w pełni regulowane zawieszenia, które były dla mnie niemałym zaskoczeniem. W końcu DR-Z jest w założeniu raczej prostym i tanim pojazdem, a tu proszę!

…wykonanie stoppie to czysta formalność…

Oba zawiasy można precyzyjnie dopasować do swoich wymagań i stylu jazdy. Na szczęście to nie koniec smaczków. Wspomniane już przeze mnie mniejsze, 17-calowe felgi to nic innego jak ulubione przez redakcję Excele.

Układ hamulcowy też jest niczego sobie. Osprzęt Nissina i tarcza o średnicy, jakiej nie powstydziłby się szef kuchni w pobliskiej pizzerii sprawiają, iż wykonanie stoppie to czysta formalność. Regulacja odległości klamki może już nie jest czymś niezwykłym, za to na pewno trzeba wspomnieć, że jest.

Skrzynia biegów – tu niestety DRZ oberwie po uszach. Proces poszukiwania luzu czasami trwa dłużej, niż kolejna zmiana świateł. Zadania wcale nie ułatwia nam zielona kontrolka, która jest bardzo nieprecyzyjna w działaniu. Trudno zliczyć ile razy zdusiłem silnik będąc pewnym, iż skrzynia jest już na biegu jałowym. Poza tym dźwignia zmiany biegów mimo, iż wyglądała na prawidłowo założoną, bezczelnie rysowała pokrywę silnika. Na szczęście reszta działa w normie, sprzęgło działa lekko niczym w motorowerze, a cały mechanizm nie wydaje z siebie niepokojących odgłosów.

Supermoto w praktyce

Naturalnym rewirem supermoto jest miasto. Tu docenimy jego wszystkie zalety, a wady nie będą aż tak widoczne.


Tekst reklamy jednej ze znanych firm oponiarskich brzmi mniej więcej w ten sposób: „Moc jest niczym, jeżeli nie potrafisz jej wykorzystać”. Parafrazując ją można dojść do wniosku, że poruszając się po mieście fajnie jest dosiadać kilkuset konnego potwora, ale co z tego jeżeli w gęstym ruchu ulicznym wykorzystać możesz zaledwie ułamek jego możliwości. Bezlitośnie wykorzystując swoją niesamowitą zwinność i zwrotność, DR-Z zostawia w tyle wszystko co popadnie. Krawężniki i studzienki nie stanowią dla nas przeszkody – wszystko to dzięki spuściźnie po terenowym przodku w postaci zawieszeń o długim skoku. Wąska „talia” umożliwia nam wciśnięcie się w każdą możliwą lukę. Start spod świateł też przyprawia nas o uśmiech od ucha do ucha. Nawet zdesperowani kierowcy samochodów muszą skapitulować. W końcu nadal niewiele „puszek” potrafi przyspieszać od 0 do 100 km/h w czasie poniżej 5,5 sekundy.

Codzienną obsługę ułatwia całkiem nieźle wyposażony, cyfrowy zestaw zegarów. Znajdziemy w nim m.in. dwa liczniki przebiegu dziennego, zegarek oraz stoper.

Sama pozycja zajmowana za sterami nie daje powodów do narzekań. Wszystko znajduje się tam, gdzie intuicyjne tego szukamy. Jedynie przed chwilą wspomniane cyfrowe zegary mogą przestraszyć mnogością przycisków, ale wystarczy chwila na ich przestudiowanie aby móc bez większych problemów sterować wszystkimi niezbędnymi funkcjami.

Maszyna pionowego startu i lądowania

Suzuki DR-Z 400 SM i słowo stunt to w zasadzie synonimy. Każde czerwone światło jest okazją do wykonania efektownego stoppie podczas dojeżdżania do niego oraz łatwego do kontrolowania wheelie kiedy tylko zapali się zielone. Deerzet robi to, na co Ty masz ochotę. Możesz strzelić na dwójce i rozkoszować się wolnym pionem. Możesz również przebić się nawet do czwartego biegu i zaskoczyć wszystkich naprawdę szybką i wysoką gumą.


310 milimetrowe tarcze pozwalają nam na wiele i jedyną rzeczą która może przeszkadzać to nieco za miękkie przednie zawieszenie, chowające się mimo wyregulowania prawie całkowicie przed oderwaniem tylnego koła od podłoża.

Zachwycająca jest wysoka odporność DRZ`ta na wszelkie gleby i ślizgi. Na szczęście nie mieliśmy okazji testować tego na własnej skórze, ale z relacji użytkowników dało się słyszeć same superlatywy, przykładowo:

Suzuki DR-Z 400 SM i słowo stunt to w zasadzie synonimy…

po przegięciu szybkiego wheelie motocykl miał tylko lekko porysowany plastikowy boczek i przetartą lampę. Podobna figura na sportowym motocyklu oznaczałaby w najlepszym przypadku wymianę połamanych plastików. Z doświadczenia wiem, że zwykle na tym się nie kończy… Po zaliczonym paciaku na supermoto najwyżej rozejrzysz się dookoła, czy przypadkiem nikt nie widział Twojej porażki i pojedziesz dalej.

Miasto… czy coś poza tym?

Niestety nasza „kaczuszka” nie należy do grona motocykli uniwersalnych, które raz lepiej, raz gorzej ale radzą sobie prawie wszędzie. DRZ jest bardzo silnie zorientowany na poruszanie się w terenie zabudowanym i jakiekolwiek próby jego opuszczenia kończą się… boleśnie! Bardzo wąska i twarda kanapa daje o sobie znać szybciej niż myślisz. O ile wcześniej zaaferowani miejskim chaosem nie zwracaliśmy na to uwagi, to teraz przy dłuższych i monotonnych przelotach nasz zadek będzie przeżywał prawdziwe tortury. Specjalnie do dłuższych i monotonnych nie dodałem słowa szybszych, bo 150 km/h to wszystko, co DRZ potrafi z siebie wykrzesać. Znowu – taka prędkość wcześniej zupełnie wystarczająca, teraz na trasie mocno ogranicza. Zerowa ochrona przed wiatrem i deszczem, wyjący z bólu przy wyższych prędkościach silnik oraz mierne możliwości przewozu pasażera. Krótko – turystyki na nim nie polecamy.


Czyżby to oznaczało koniec możliwości Suzuki? Nic z tego, przecież pozostaje jeszcze tor! Pełen entuzjazmu wybrałem się na pobliski tor kartingowy i przystąpiłem do rzeźni opon i własnego obuwia. Po kilkudziesięciu okrążeniach nietrudno było wysnuć wnioski. DRZ doskonale spisuje się podczas sportowego zastosowania z jednym małym „ALE”. Nasze wyścigowe aspiracje muszą ograniczać się co najwyżej do rekreacyjnego weekendu spędzonego na krzesaniu iskier z podnóżka. Prawdziwe zawody i osiąganie dobrych wyników nie są możliwe z prostej przyczyny: aktualnie konstrukcje typu supermoto potrafią posiadać dwukrotnie wyższą moc, przez co dotrzymanie im tempa jest niestety niemożliwe.

Podsumowanie

W takim razie jaki jest? Zaskakujący, szybki, łatwy w prowadzeniu i dający mnóstwo frajdy z jazdy. Trzeba jednak pamiętać, że wszystkie te superlatywy odnoszą się do DRZ`a kiedy wykorzystujemy go w mieście. Poza tym jest to prosta, niezawodna i stosunkowo tania konstrukcja. Jeżeli wiesz, że jego wady Ciebie nie będą dotyczyć – kup go, jest on wart każdej wydanej nań złotówki.

Więcej w Testy Moto
Kask SHOEI J-Wing – otwarty ideał!

Jeśli kochasz swobodę jaką daje Ci kask otwarty, ale zrezygnowałeś z niego z różnych powodów i nadal myślisz, że te...

Zamknij