Pamiętacie, jak kilka lat temu “prawdziwi motocykliści” wyszydzali tych, którzy za luksusowym SUVem, na przyczepie ciągnęli drogi motocykl i stojąc w korkach, przebijali się do wakacyjnych kurortów?

A może komary w sprayu?

Zdaniem prześmiewców, do motocykla był zestaw błota w sprayu i komarów do naklejenia na przednią szybę a śmiechom „prawdziwych motocyklistów” nie było końca. I wiecie co, dochodzę do wniosku, że przewiezienie motocykla na przyczepie podczas rodzinnego urlopu, to świetny pomysł. Już tłumaczę dlaczego.

Dopóki jest się singlem, lub parą, przejazd motocyklem na wakacje jest formalnością. To świetna metoda na genialny urlop. Jeśli jednak dorobicie się dziecka, żony, zapomnijcie przez dłuższy czas o samodzielnych wielodniowych wyjazdach, nawet weekendy bywają problematyczne. Jak zapewne się domyślacie, zaangażowanie w wychowanie dziecka pochłania mnóstwo czasu. Najczęściej wiąże się z pewnymi kompromisami i ustępstwami względem partnerki. W końcu to partnerka, a nie służąca, opiekunka do dziecka, automat do przygotowania posiłków, prania, sprzątania. Co gorsze, dłuższa podróż, nawet przejazd nawet z Warszawy nad morze dla małego dziecka jest nudny. Szybko zaczyna się niecierpliwić i marudzić. Filmy z telefonu, rozmowy z rodzicami i ciągła uwaga wymaga co najmniej dwóch osób. Jedna koncentruje się na prowadzeniu auta druga, “obsługuje” dziecko w nieco większym stopniu.

Zatem przejazd motocykl plus samochód osobno, wydaje się mało realny. Z kolei dowieźć auto i wracać pociągiem po motocykl to strata kilkudziesięciu cennych godzin urlopu. Na miejscu, da się wygospodarować czas na kilka dłuższych rund po okolicy. Najczęściej nie ma z tym większego problemu, o ile partnerka czuje, że też może na Was liczyć. W takich realiach przewiezienie motocykla na przyczepie wydaje się rozsądnym pomysłem. Na miejscu pojechanie po zakupy czy załatwienie czegoś za pomocą motocykla można nieco wydłużyć, zwiedzając najbliższą okolicę.

Pasja czy rodzina?

Wożenie motocykla na przyczepie w takiej sytuacji jest dowodem, że ktoś próbuje połączyć swoją pasję z czasem dla rodziny. Czy jest to powód do śmiechu? Mi się wydaje, że to dużo lepsza robota, niż pozostawienie motocykla w domu, albo kłótnie i odpuszczenie urlopu z dziećmi w imię idei jazdy na jednośladzie. Najmłodsze lata dziecka szybko zlecą, stanie się bardziej samodzielne to i czasu do jazdy będzie więcej, ale pierwsze 3-4 lata pochłoną 90% Waszego czasu.

Przyznam, że spędzając w zeszłym roku dwa tygodnie urlopu w Augustowie i zabierając motocykl, poza codziennymi dojazdami zrobiłem może dwie dłuższe trasy. Ale nawet dla nich warto było zabrać jednoślad. Od tego czasu przestałem się uśmiechać na widok Multivana z rodziną i psami na pokładzie holującego przyczepę z BMW R1200GS czy Harleyem. W końcu wychowanie dziecka to dużo ważniejsza sprawa niż “poza na prawdziwego motocyklistę”. A pogodzenie tych dwóch rzeczy nie jest trudne, przy odrobinie dobrej woli.

Jeśli zatem motocykl to jedyny sposób na spędzanie Waszego czasu i nie chcecie tego zmieniać, nie zakładajcie rodziny. Nikt na tym dobrze nie wyjdzie.

Dziecko, przyjaciel motocyklisty?

A tak z innej beczki jeśli zainteresujecie dziecko motocyklami, macie towarzysza czasu na wiele lat. Czy za kilka lat nie będzie fajnie pojechać na wspólną trasę z dzieckiem? Mieć dobry kontakt mimo różnicy pokoleń?

W imię dobrych relacji z dzieckiem mogę przyjąć na klatę kilka złośliwych uśmiechów ze strony „prawdziwych motocyklistów”, za holowanie motocykla. A co tam, śmiech to zdrowie! Luksusowego SUV-a nie posiadam, a zarówno auta jak i motocykle lata świetności mają dawno za sobą…


Więcej w Po godzinach, Śmieszne, felietony
opuszczone policyjne harleye
Opuszczone policyjne Harleye z Peru

Cmentarz policyjnych Harley Davidsonów z Puente Piedra, stara historia. Jak się skończyła?

Zamknij