Motoyoungtimer, czyli klasyczne motocykle oraz te nowsze na ulicach Warszawy.

Cała zabawa rozpoczęła się na parkingu koło Ratusza gminy Bemowo, gdzie uczestnicy zebrali się by zarejestrować się w biurze zawodów i odebrać itinerer. Na szczęście organizatorzy zapewnili kierowcom możliwość napicia się dobrej kawy serwowanej przez Granos de Cafe, bez tego o godzinie 8.00 rano było by ciężko.

Na starcie zebrało się ponad 20 maszyn. Były wśród nich takie klasyki jak SHL, Junaki, MZ, ETZ i wiele innych. Oprócz tego nie zabrakło nowszych konstrukcji, wśród których znalazł się nawet świeżutki rodzynek w postaci Hondy NC700. Niektórzy mogą twierdzić, że uczestników było mało. Wydaje mi się jednak, że jak na pierwszą edycję tej imprezy zdecydowanie nie było źle. Poza tym mniejsza liczba motocykli zapewniła bardziej kameralną i wyjątkowo fajną atmosferę.

Pierwszym etapem Rajdu była jazda według itinerera. Uczestnicy musieli bezbłędnie dojechać do wyznaczonych miejsc. Jednym z punktów było Muzeum Motoryzacji na Filtrowej. Jak się później okazało mimo liźnięcia fachowej, historycznej wiedzy w muzeum niektórzy mieli spory problem by prawidłowo odpowiedzieć na podchwytliwe pytania organizatorów.

Koło południa kierowcy zjechali się na plac przy Ratuszu gminy Targówek. Tam mogli się czegoś napić, zjeść i odpocząć podczas gdy tajna komisja oglądała sobie dokładnie motocykle oraz ich kierowców by wyłonić zwycięzcę w konkursie elegancji.

Kolejnym etapem był dojazd na Autodrom Bemowo (oczywiście według itinerera). Ta trasa nie obyła się bez przygód. Pomyłki w nawigacji były dość częste, a kolega na milicyjnym ETZ miał bliskie spotkanie z policją. Okazało się, że „władza” zatrzymała bogu ducha winnego motocyklistę nie wiadomo za co. Funkcjonariusze chcieli od niego jakiegoś specjalnego pozwolenia na jazdę maszyną wyposażoną w radiostację i pomalowaną na biało-niebiesko. Skończyło się na pamiątkowych zdjęciach i uświadomieniu policji, że na takim motocyklu jednak wolno jeździć.

Na Autodromie czekał na kierowców Tomek Kulik i przygotowane przez niego próby sprawnościowe. Uczestnicy mieli do przejechania coś w rodzaju małej Gymkhany. Najciekawszym przejazdem był wystąp Zundappa z koszem. Załoga tego pojazdu nie miała łatwego zadania na ciasnym torze jednak poradzili sobie wyśmienicie, a wykręcony czas mógł zawstydzić nawet zawodników jadących na nowych sprzętach.

Podczas oczekiwania na wyniki Rajdu, dzięki uprzejmości Warszawskiego Towarzystwa Speedway, można było dokładniej przyjrzeć się maszynom żużlowym, a nawet przejechać się jedną z nich. Brak hamulców i możliwość skręcania w jedną stronę okazały się jednak zbyt dużym wyzwaniem dla większości dlatego też większym powodzeniem cieszyły się jazdy z zawodnikiem.

Kto wygrał? Właściwie wszyscy, którym udało się przejechać trasę. Najważniejsza była dobra zabawa, której podczas tej imprezy nie brakowało! Z dziennikarskiego obowiązku powiemy tylko, że najwięcej pucharów i nagród od Castrola zabrała do domu załoga Zundappa (dobrze, że mieli kosz).W każdym razie I Warszawski Rajd Motocyklowy należy uznać za wyjątkowo udany. Mamy szczerą nadzieję, że ta impreza na stałe wpisze się w kalendarz imprez motocyklowych odbywających się w Stolicy.