Bohaterowie jednośladów, czyli kto jest największym hardcore’m na motocyklu? Najodważniejsi z największym skillem…

Czasami obserwując wyścigi, nagrania on-board w internecie czy relacje z rajdów długodystansowych zastanawiam się, jak bardzo odważny musi być kierowca, skoro tak bardzo zbliża się do limitu możliwości motocykla. Kiedyś wydawało mi się, że największymi hardcore’owcami są zawodnicy wyścigowi. Prędkość, szybkość w złożeniu, kontrola motocykla w sytuacjach ekstremalnych. Z pewnością ich umiejętności daleko wykraczają poza moje i zdecydowanie ich podziwiam. Szczególnie w czasie treningów torowych widać, jak duża przepaść jest nawet pomiędzy szybkim amatorem a profesjonalistą. Jednak odwaga odwagą, ale czy to hardcor’e?

Mam wrażenie, że bardziej laboratorium. Zawodnicy wyścigowi mają duży poziom ochrony łagodzącej skutki ewentualnych upadków. Na torze nie ma krawężników, drzew a w kombiakach coraz częściej umieszczane są poduszki powietrzne. Ryzyko zawsze jest, ale śmiem stwiedzić, że szybko jeżdżący  mieszkaniec wschodniej Europy, śmigający w korkach przed długim weekendem na śmierć i urazy wynikające z kolizji drogowych narażony jest dużo bardziej, niż kierowca sportowego bolidu.

Następną grupą są off-roadowcy, motocrossowcy czy trenujący freestyle motocross. Ryzyko kontuzji jest duże, a szybka jazda w terenie, bądź skoki z rampy z różnymi ewolucjami mogą być zabójcze. Z pewnością są to sporty kontuzjogenne, ale wypadki śmiertelne nie zdarzają się tak często, jak na drodze.

A może Tourist Trophy?

W zasadzie wszystkie kryteria bycia hardcore’m spełniają wyścigi drogowe. Drzewa, krawężniki, dziury w nawierzchni, śliska farba–ryzyko wypadku z dużym uszczerbkiem zdrowia jest bardzo duże. Do tego wszystkiego prędkości osiągane przez zawodników są dużo większe, niż przez zwykłe maszyny.  Zawodnicy z pewnością mają duże cohones. Jednak znalazłem grupę, która zdecydowanie bardziej balansuje na krawędzi życia i śmierci.

Skuterowi dostawcy jedzenia

Zwróciłem na nich uwagę kiedy sypał śnieg. Wówczas typ z plecakiem większym od jednośladu przeciskał się skuterem pomiędzy jadącymi autami na poślizgach przedniego, tylnego i obydwu kół na raz. Wciskanie się przed zderzak rozpędzonego autobusu, jazda w zwykłej kurtce i butach. A nawet bez rękawiczek w zimie powodują, że zacząłem się zastanawiać, jak długa jest średnia życia kierowcy dostarczającego jedzenie.  Guya Martina, Travisa Pastranę, Marca Marqueza czy Tadeusza Błażusiaka oglądamy, podziwiamy, nawet kibicujemy, ale to na anonimowego Vishnu/Ahmeda/Andrzeja na skuterze z siatką żarcia naprawdę czekamy. I to oni pędząc z „naszą szamą”, robią rzeczy niesamowite, odważne, głupie. Są wyjątkowo skuteczni jeśli chodzi o wyciskanie wszystkich soków z niewielkich pojazdów.

Oczywiście piszę to z delikatnym przymrużeniem oka, ale naprawdę dostawcy są twardzielami, dają radę i nie odpuszczają w każdą pogodę. Jesteśmy pewni, że po roku dowozu żarcia, jeśli przeżyją, będą ogarniać swój sprzęt dużo lepiej niż większość statystycznych motocyklistów. Jeśli możecie miejcie dla nich wyrozumiałość: działają pod presją czasu, w wiecznym stresie walcząc na „piździkach” mających osiągi popsutej ciężarówki. Powodzenia i szacunek panowie!


Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany