Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Felietony Świat wg Wiewióra: Zmień Pan żarówkę! Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Felietony

Świat wg Wiewióra: Zmień Pan żarówkę!

Jakiś czas temu na pewnym forum oglądałem, podobnie zresztą jak dziesiątki, albo i setki innych użytkowników, jak jeden z bardziej aktywnych forowiczów (tak, taka forma pisowni jest jedyną poprawną) dokonywał publicznej masturbacji nad czymś, co nazywa się „turystyczne enduro”. Chodziło o to, że jakiś tam najnowszy sprzęt pewnego teutońskiego producenta, posiadał mniej więcej pierdyliard różnych opcji, czym wywoływał nie tylko wypieki na twarzy owego forowicza (tak, to również jedyna poprawna forma), ale poruszenie wśród motocyklowej braci większe, niż przejście na emeryturę Maryli Rodowicz.

W sumie niezła beka, bo w całym tym zachwycie i pianiu o nowinkach, dowiedziałem się przy okazji, że producenci motocykli są od nas mądrzejsi, że o nas dbają i ogólnie zależy im wyłącznie na tym abyśmy byli bezpieczni. I właśnie dlatego wymyślają motocykle, których my – idioci – nie musimy ogarniać. W najmniejszym nawet stopniu. Z tego właśnie powodu, aby dziś wykonać najprostszą nawet operację, a przy tym nie zrobić sobie kuku, konieczne jest wezwanie serwisanta, który wszystko zrobi zgodnie z korporacyjnymi normami i procedurami. Ale powiedzmy sobie szczerze, turystyczne enduro ma być proste jak konstrukcja cepa, odporne jak T-34 i godne zaufania jak AK-47, a nie przypominać pistolet na wodę kupowany w Smyku. Ot, taki KTM 950, poczciwa Africa Twin czy DR 800 Big. Na nich dojedziemy zawsze i wszędzie, a w przypadku awarii naprawimy kawałkiem drutu w przydrożnej kuźni, czy naprędce skleconym szałasie. Ostatnio jednak obserwuję dziwną tendencję w projektowaniu konstrukcji tego typu i za cholerę nie potrafię znaleźć jakiejkolwiek myśli przewodniej w tym, co kieruje inżynierami. Po prostu kompletny brak spójności i totalny eklektyzm powodują, że dzisiejsze turystyczne enduro stanowią fontannę nonsensu przyozdobioną w owiewki, które ochronią motocyklistę, ale co najwyżej przed nim samym.

 

Weźmy na ten przykład napęd. Wszyscy wiedzą, że łańcuch jest lekki, że można go naprawić wszędzie, względnie zastąpić czymś, co znajdziemy na szyi każdej napotkanej krowy, owcy czy rumuńskiej kobiety. To ja się pytam: po grzyb producenci (z niewielkimi wyjątkami) ładują wał napędowy wykonany z gównolitu, do tego ważący tyle co zawieszenie Stara, który nie dość, że stanowi pokaźną masę nieresorowaną wpływającą na trakcję, to jeszcze łamie się po wjechaniu w większą dziurę? Naprawdę, na wyposażeniu każdego takiego motocykla powinien być pistolet z jedną kulą, bo strzał w głowę to chyba najlepsze rozwiązanie kiedy z urwanym dyfrem staniemy gdzieś pomiędzy Uralem, a Ułan Bator. Idąc dalej, zamiast prostego zegara z podstawowymi funkcjami, znajdziemy sterowany kilkoma przyciskami wyświetlacz wyglądający niczym panel przecenionej w Tesco prestiżowej mikrofalówki LG, którym, w zależności od stopnia upośledzenia motocyklisty, ustawimy mapę zapłonu (Głupek, Debil, Zwykła Pierdoła) i stopień kontroli trakcji (Boję Się, Boję Się Bardzo, Jestem Obsrany), a do tego skonfigurujemy folder ulubione. Czekam na kompas i autopilota, bo czujnik zmierzchu jest w standardzie. I znowu, strzał w głowę tylko dlatego, że po większym wstrząsie wyświetlacz nie tylko pęknie, ale spowoduje zwarcie instalacji elektrycznej, co w efekcie spowoduje „pad” wszystkiego, w pierwszej kolejności z rozbuchanym ego właściciela. Ciut niżej - zawiasy - a jakże, sterowane elektronicznie! Tak Bogiem, a prawdą, to chyba najbardziej poroniony pomysł inżynierów od czasu wynalezienia nart. Naprawdę rozumiem, że ktoś umieszcza taki wynalazek w sprzęcie typu „ertek”, „trophy” czy inny kanapowiec, bo z jazdą w terenie taki motocykl będzie miał do czynienia tylko wtedy, kiedy właścicielowi wreszcie puszczą nerwy i spuści taką kupę żelastwa z urwiska. Ale ładowanie aktywnego zawiasu do turystycznego enduraka, to coś jak próba sprzedania łososia w puszce po tyrolskiej czy w gazecie. Niby ma swój klimat, ale bym się nie odważył. Dawniej mieliśmy dwa pokrętła i każdy dzidował do oporu, dziś ten sam człowiek na nowym sprzęcie będzie pyrkał z prędkością starczo-czoperową obsrany po uszy, bo widmo jazdy na dobiciu i ciągłego przygniatania jajek z powodu przepalonego kabelka zawiadującego napięciem wstępnym, odstraszy go od odwijania skuteczniej niż widok posłanki Grodzkiej w koronkowej bieliźnie. Ale wał, dyskoteka na konsoli i elektroniczne zawiasy to nie wszystko. Jest coś, co stanowi przypieczętowanie tej listy idiotyzmów, taka kropka nad „i” enduro-turystycznych absurdów. Żaróweczka. Taka zwykła, halogenowa.

strony

oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści