Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Felietony Wystarczająco mocny motocykl - gdzie leży granica? Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Felietony

Wystarczająco mocny motocykl - gdzie leży granica?

W przypadku motocykli, tak jak w wielu innych życiowych kwestiach, trudniejsze od osiągania kolejnych szczytów jest często powiedzenie sobie “dość, tyle wystarczy”. Presja innych motocyklistów potrafi być bardzo silna, a myślowy beton trudny do skruszenia. Często płacimy za to frustracją, moim zdaniem zupełnie niepotrzebną.

Na rynku działa wiele czynników kształtujących gusta i opinie motocyklistów. Są działy marketingu producentów i dealerów motocykli, które roztaczają szerokie wizje, pełne wolności, emocji i innych terminów kojarzonych z tanią psychologią, a których pożąda zamknięty w zawodowo-rodzinnej klatce współczesny człowiek. Są media motocyklowe - gazety, portale, youtuberzy, podsuwające szeroką gamę coraz nowszych, większych i szybszych motocykli. Na koniec zostają królowie marketingu szeptanego, czyli wszelkiej maści portale społecznościowe i fora internetowe pełne dobrych rad. Wszyscy prezentują mniej więcej zbieżną wizję rozwoju przeciętnego motocyklisty.

 

 

 

 

Zaczynamy, dziecięciem będąc, od jakiegoś wynalazku 50 cm3, który z przepisową prędkością 45 km/h mierzwi grzywę pod kaskiem. Następnie, po serii dobrych świadectw i ciężko przepracowanych wakacjach dosiadamy klasy 125, która pozwala po raz pierwszy przekroczyć setkę, a towarzyszące temu wydarzeniu uczucie można porównać tylko z pierwszym dłuższym buzi na kolonijnej dyskotece. Później 250 lub od razu 500… kierunek zmian jest jasny - cała naprzód w stronę litra! Najlepsi, niczym na grubej imprezie, przekroczą litr i na wielkim jednorożcu pogalopują w stronę tęczy. Nie ma w tym oczywiście nic zdrożnego, ale chciałbym zadać pytanie - czy osobisty rozwój motocyklisty musi zawsze iść w parze z coraz większymi pojemnościami? Czy można bez uszczerbku na szacunku otoczenia przez lata toczyć się na małolitrażowym wynalazku?

 

Mam wrażenie, że dorosły człowiek jadący 125-tką jest traktowany poważnie wyłącznie wtedy, gdy z góry wiadomo, że to pojazd przejściowy. Coś na zasadzie “kiedyś jeździłem, odświeżę sobie co nieco i kupię coś większego”, ewentualnie jako sprawdzian, czy warto po latach jazdy autem robić prawo jazdy kat. A. Czy można sobie wyobrazić, że 125 może być pojazdem docelowym? Ja do niedawna nie mogłem. Przyszedł jednak moment, kiedy przez pewien czas miałem możliwość używać takiego bolidu do codziennych dojazdów. Nie do krótkich miejskich przelotów, ale konkretnych, 150-kilometrowych podróży. Jeszcze niedawno, gdy drogi nie były tak zatłoczone jak obecnie, jazda pustą szosą z prędkością poniżej 100 km/h mogła wydawać się nudna. Obecnie, zakładając, że nie dojeżdżamy autostradą, i tak nie pojedziemy szybciej, zwłaszcza w godzinach szczytu. Nie pozwolą na to sznury aut, wysepki i inne pojazdy wyjeżdżające na ślepo z licznych dróg podporządkowanych.

 

Mierząc czasy dojazdu odkryłem, że w obecnych realiach drogowych nie jest ważne, co akurat mam pod tyłkiem - potężnego Harleya, zwinnego sporta, czy 10-konny “motocyklik” klasy 125. Do celu docieram w podobnym czasie. Nie oznacza to oczywiście, że grzecznie zamulam w sznurze aut - staram się znaleźć balans między wykorzystywaniem możliwości, jakie daje jednoślad, a jazdą bez ponoszenia niepotrzebnego ryzyka. Dochodzi oczywiście aspekt przyjemności z jazdy, jaką dają większe motocykle, który często jest najważniejszym warunkiem przy wyborze maszyny dla siebie. Warto jednak dokładnie przeanalizować sposób wykorzystania pojazdu. Mnie zawsze ogarnia jakiś smutek na widok pięknego cruisera uwięzionego w korku, czy sporta, który nie może rozwinąć skrzydeł i męczy się wraz z kierowcą.

 

 

 

 

strony

oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści