Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Na każdy temat VI OWMiS, czyli bieg kulawego przez płotki Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Na każdy temat

VI OWMiS, czyli bieg kulawego przez płotki

VI Ogólnopolskie Targi Skuterów i Motocykli miały nam pokazać kierunek rozwoju runku na rok 2014. Nowe modele, nowi producenci, nowe kolekcje. Jak było w rzeczywistości?

Przeczytaj relację i obejrzyj wywiady z VI Wystawy Motocykli i Skuterów Warszawa 2014

 

 

Pamiętam wielką pompę, z jaką ruszał OWMiS kilka lat temu. Plakaty na co drugim słupie, billboardy wszędzie gdzie tylko się dało je powiesić, nawet radio nękało mnie porannymi spotami z informacją, jaka to gratka czeka na motocyklistów w centrum wystawienniczym na Marsa. Czułem się jak przed końcówką kampanii wyborczej. Nic tylko zacierać ręce i czekać na wielki dzień. Nie wiem ilu z Was wtedy pojawiło się na wystawie, ale ogólnie wyszło coś jak z naszą reprezentacją od kopanego. Reklamy, prężenie się do kamery, wielkie nadziej i… wielki ch. Ale w sumie mogłem to zrozumieć, hala tyle co oddana, Marsa w przebudowie, więc kompletnego rozgardiaszu i chaosu raczej nie dało się uniknąć. Pytanie jednak nasuwało się jedno. Po co ktoś zmienił Expo XXI na halę postawioną pośrodku niczego, do tego na terenie wyglądającym jak po przejściu dywizji pancernej Rommla? Stanie w korku przez 3 godziny, szukanie miejsca parkingowego jak podczas niedzielnej wizyty w galerii, a służby porządkowe i organizatorzy przypominali dzieci błądzące we mgle. Jednym słowem – kocioł. Na szczęście z roku na rok było lepiej. W zeszłym stałem już tylko w korku. Dwa lata później czas zajmowała mi wyłącznie kilometrowej długości kolka do kasy. A ten rok był przełomowy. Nie stałem w korku, a kiedy dojechałem na miejsce, parkingowy zamaszystym ruchem przypominającym wprowadzanie lotniskowca do portu, wskazał mi miejsce. Ameryka! W porównaniu do pierwszego roku byłem już jakieś 4 godziny do przodu. Pełen nadziei, z dzieciakiem „na barana”, wszedłem na górę i…


Przy kasach luźno. No pięknie! Przedsprzedaż była? Zakupy w e-ticket? Czad! Przeszedłem przez bramkę, ochroniarz służący za żywy kasownik przedarł mój bilecik (dzieciak wszedł za darmochę). Zrobiłem krok, przeszedłem przez wierzeje prowadzące na halę. Pfffffff… czas zwolnił. Tak, w zeszłym roku było dramatycznie, ale to wyjaśniałem sobie zapaścią na rynku, problemami w branży i ogólnie cięciami na wszelkiego typu imprezy w krajach Trzeciego Świata takich jak Polska (przynajmniej w oczach zachodnich producentów związanych z branżą). Owszem, Spidi ratowało sytuację fajnym stanowiskiem i wielkim ciągnikiem z firmową naczepą, BMW, Honda i Suzuki kusiły nowościami na 2013, a Romet i Hyosung rozłożyli się ze stoiskami wielkości lotniska Heathrow. Ale to, co było w tym roku...


Za czasów kiedy robiłem zakupy na tzw. „rynku”, w drewnianych budkach, z których waliło świeżą rybą i inną padliną, a muchy latały dookoła, było jakby mniej sterylnie, ale jakoś tak ciekawiej i bardziej swojsko. Owszem, Yamaha i Harley mogłyby ze swoimi stoiskami konkurować z tymi, które widzimy na targach za zachodnią granicą, jednak w pozostałych przypadkach „to już było”. Suzuki, klasycznie już, reprezentowane przez dealera z Piaseczna, mogło pochwalić się nowym V-Stromem 1000, a Junak jednym z największych i zaopatrzonym w największą ilość motocykli stoiskiem. Niewątpliwą ciekawostką było stoisko Motula, którego gwiazdą był nie kto inny jak John Mc Guiness. Z przyczyn zasadniczych dopchanie się do zajmowanego przez Niego stoliczka graniczyło z cudem. Poza tym? Shoei. Jak zwykle fajnie, ale standardowo i od lat tak samo. Spidi w ogóle odpuściło w tym roku z szaleństwami, do tego zabrakło Modeki oraz Rukki (a szkoda, bo zwłaszcza w przypadku tej pierwszej oferta na ten rok jest bardzo bogata i ciekawa). BMW, choć bez szału, to z S1000R na czele oraz nowym wcieleniem transatlantyka GTL 1600. Royal Enfield, ze swoimi klasykami, zakamuflował się w jakimś kącie w końcu hali i tylko dlatego, że bardzo chciałem pokazać synowi prawdziwy motocykl, jakoś tam dotarłem. Owszem, wielkie wozy ATV robiły wrażenie, zwłaszcza wśród dzieciarni, podobnie jak stoisko z cafe racerami, mimo to większość producentów w ogóle była niezauważalna. Do tego wszystkiego Honda oraz Kawasaki kompletnie odpuściły imprezę i nawet dealerzy się nie wystawili. Całość sprawiała wrażenie niewielkiej imprezy, do której wystawcy podeszli na zasadzie „trzeba być’, a nie „chcemy tu być”. Żadnego pokazu, żadnego show. Ubogo i nieciekawie.

 

Ale to niejako pierwsze wrażenie, bo im dalej i dłużej byłem, tym bardziej nieciekawie się robiło. Nie wiem jak Wy, ale ja idąc na targi chcę usiąść na motocyklu. Powiedzmy sobie szczerze, słit focia na najbardziej pożądanej wyścigówce świata, to jakieś +200 do zajebistości i masa lajków. Niestety, w tym roku o lansowaniu się na Gębarzu można było zapomnieć, ponieważ wielka czerwona naklejka „Zakaz siadania”, dawała aż nadto wyraźnie do zrozumienia każdemu odwiedzającemu stoisko Woldzwagena, że bezsprzecznie nie jest tam mile widziany. Kurde, gdybym jeszcze był sam, to pies to j… trącał. Ale dzieciak nie rozumiał tak dziwnych zasad, więc „Tata! Chcę usiąść na czerwonym motocyklu!” odbijało się od ścian czaszki jak klocek tetrisa. Cóż, mus nie mus, trzeb spróbować. Jednak już po „Przepraszam Pana, czy mogę…” mina stewarda zawiadującego stoiskiem jasno mówiła, że „nie”. Dokończyłem pytanie „posadzić syna na motocyklu?”. Oczywiście odpowiedz mogła być jedna: NIE. Sprzęt za drogi, uszkodzenia, takie zasady itd. No bez jaj! Za drogi?! Nieeeee, no ale nie ma się co dziwić, w końcu w 2013 zanotowali rekordowe zyski, więc sik paraboliczn na cżłowieka to załatwienie potrzeby fizjologicznej, a nie złośliwość, czy nie daj Boże, kompletna niechęć. Idziemy dalej, stoisko Brytyjczyków. I znowu, na każdym motocyklu czerwona naklejka „Zakaz siadania”! I akurat tutaj jest to dla mnie ciekawsze zjawisko niż stringi na ciele siedemdziesięciokilogramowej kobiety mające 160 cm wzrostu. Najpierw płaczą, że sprzedaż im siadła, ale żeby otworzyć się na klienta, to nie. No bo po co? Przecież kanapa i podnóżki się wytrą, popsują, zostaną zniszczone. Super podejście, z mojej strony graty! Motocykle na wielu innych stoiskach również zostały zaopatrzone w odstraszające naklejki (ale już nie czerwone), jednak nie było problemu, aby pod okiem obsługi dzieciak mógł sobie „pokierować” (tutaj powieje prywatą, ale dziękuję obsłudze za wyperswadowanie Młodemu chęci wdrapania się na Electrę znajdującą się na cokole). Najmniej jednak zasada „patrzajta, nie macajta” przeszkadzało Suzuki, które które udostępniało swojego limitowanego Gixxa bez oglądania się na to, czy drogocenne owiewki zostaną porysowane Ale i to nie było aż tak tragiczne.

Można przeboleć zakaz siadania i dotykania, można przeboleć niewielką liczbę wystawców i stoiska, które nie rzucały na kolana, ale czy ktoś wyjaśni mi jak czterolatkowi, co organizatorzy mieli na myśli pozostawiając pół hali wolnej? Niby niewiele osób (zaledwie 17 tys. przez całą wystawę), a ścisk w przejściach i na mikroskopijnej wielkości stoiskach był odczuwalny jak podczas spaceru Krupówkami. Motocykle, quady i inny sprzęt jeżdżący, poupychane były prawie jeden na drugim, czym uniemożliwiały oglądanie skuteczniej niż afro na głowie gościa siedzącego przed nami w kinie. Organizatorzy dali ciała jak świerszczyk na wiosnę, a ograniczając powierzchnię wystawienniczą (zwłaszcza w przypadku ATV, które stały bez mała jeden na drugim) spowodowali, że przemieszczanie się na niektórych stoiskach przypominało sobotni targ węglowy. Sam nie wiem, czy aż takim problemem było zagospodarowanie całej hali, która w mniej więcej połowie była wolna? Czy problemem było zrobienie szerszych „korytarzy”, które umożliwiłyby swobodne poruszanie się? Czy organizatorzy aż dużo by stracili gdyby udostępnili wystawcom więcej miejsca? Klaustrofobii nie mam, ale czułem się nieco przytłoczony. A może o to właśnie chodziło?


Był jakiś plus? Faceci powiedzą, że hostessy. Ale szczerze mówiąc, w latach poprzednich były lepsze, przy tym niektóre już się opatrzyły. Jeśli ktoś, w swoim optymizmie, liczył na show, to się przeliczył, Jeśli liczył na ciekawe spędzenie czasu, to przeliczył się jeszcze bardziej. Wiem, że marudzę. Wiem, że trzeba się cieszyć nawet z takiego jarmarku jakim jest wystawa organizowana w Warszawie. Bo w ogóle jest. Ale czy nie można tego zorganizować z głową? Kilka lat doświadczeń i nic? Jak już ogarnięto kwestię dojazdu, to zawalono z powierzchnią stoisk. Jak polepszeniu uległa kwestia kolejek do kasy, to znowu nikt nie postarał się o dodatkowych wystawców. Kurczę, zamiast raz a dobrze, to mamy bieg kulawego przez płotki z ciągłą glebą i ryciem uzębieniem po asfalcie. Miała być wielka wystawa, a z roku na rok wystawców mniej, zwiedzających jak na lekarstwo, a całość dąży do miana prestiżowego motobazaru. Szkoda tylko, że klimatu i grillowanego nie ma takiego, jak na Wyścigach. Powiedzmy sobie szczerze, VI OWMiS to niewypał, niewypał podobny do poprzednich (choć bezsprzeczenie największy), czego najlepszym podsumowaniem jest ilość odwiedzających – 17 tys. przez trzy dni. Szczerze mówiąc, to śmieszna, właściwie żadna liczba, tym bardziej jeśli odniesiemy ją do poprzednich "edycji", gdzie deklarowano ponad 30 tys.). Mam wrażenie, że po atrakcjach z poprzednich lat ludzie się otrząsnęli i przestali wierzyć, że tym razem będzie lepiej. A co z potencjalnymi wystawcami na przyszły rok? Szczere mówiąc, jeśli będzie tak ubogo jak obecnie, to raczej dwie godziny spędzę z synem na sali zabaw, bo te spędzone na ostatniej wstawie uważam za czas bezpowrotnie stracony.

Powiązane materiały

POBIERZ WIĘCEJ
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści