Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Porady Używane motocykle w Polsce - opowieść Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Porady

Używane motocykle w Polsce - opowieść

Niedaleko Opola, leży miejscowość o nazwie Niemodlin, a obok wieś o nazwie Szydłowiec. Tym razem wiocha ta miała znaczenie niebagatelne dla Stacha, ponieważ miał tam czekać na niego autor ogłoszenia internetowego o treści: „Sprzedam motocykl Yamaha Supertenere 750, rok 1990, stan igła, cena 5

Niedaleko Opola, leży miejscowość o nazwie Niemodlin, a obok wieś o nazwie Szydłowiec. Tym razem wiocha ta miała znaczenie niebagatelne dla Stacha, ponieważ miał tam czekać na niego autor ogłoszenia internetowego o treści: „Sprzedam motocykl Yamaha Supertenere 750, rok 1990, stan igła, cena 5900 zoli, numer telefonu 0608..."

Na zdjęciach maszyna prezentowała się, jak zwykle w takich okolicznościach, bardzo dobrze. Fotografie wykonane w trybie makro odsłaniały zachowane w znakomitym stanie połączenia elementów silnika, przewodów, zawieszenia. I jeszcze to zapewnienie sprzedającego podczas ostatniej rozmowy telefonicznej " Motor chodzi tak jak wygląda, robiłem go dla siebie, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Nigdy nie jeździłem na nim w terenie, tylko z kumplami po górkach w Czechach".

Stachowi trochę nie pasuje nieoryginalny wzór malowania. Kolorystyka, w jakiej utrzymany jest używany motocykl, to pstrokate połączenie ciemnych odcieni czerwieni z czernią i jaskrawożółtych wstawek... No ale cóż, żeby tylko technicznie było dobrze... Stach wie, że nie może raczej zbyt wiele wymagać przy tak niskiej cenie. Ryzyko kupowania starej "Japonii", trochę go przytłacza. Takie używane motocykle najlepsze dni mają zwykle za sobą. Z doświadczeń kolegów wie, że wcześniej czy później wychodzi jakiś nieprzyjemny feler i tym samym dylemat: nauczyć się z tym żyć, czy naprawiać, a może lepiej czym prędzej pozbyć się sprzętu. I jeszcze jedno - im starszy motocykl, tym z coraz większą częstotliwością zmienia właścicieli, jednego po drugim. XJ 600 z 1994 roku, którą Stach ostatnio próbował miała ich siedmiu wpisanych w "briefie", z czego ostatni dobił motocykl na kurierce w Berlinie. Brzmienie i praca tamtego silnika jeżyły włosy na głowie - czy aby zaraz piecyk nie wybuchnie bez ostrzeżenia i nie urwie nogi zanim Stach zdoła odwieźć go handlarzowi?

Suzuki gsx750r, którą Stachowi udało się sprzedać cztery miesiące temu była zdrowa i niczego jej nie brakowało, za wyjątkiem: małej kosmetyki, nowej oponki z przodu, zestawu napędowego łańcuch/zębatki oraz zlikwidowania wycieków i luzów w całym zawieszeniu... Kolega, od którego ją brał przed dwoma laty nie zaryzykowałby dobra znajomości podsuwając Stachowi minę. Czyżby troszkę żałował, że jej już nie ma?? Jeśli tak to trudno.

Ale dziś Stach jedzie optymistycznie nastawiony. Wprawdzie nie zabrał ze sobą kasy, żeby nie podejmować pochopnych decyzji, ale pełen nadziei jedzie zobaczyć, ocenić, przymierzyć się po prostu. Czas biegnie, za chwilę start sezonu, ceny do góry i "po zawodach" dla skromnego budżetu.
   
Duży warsztat zajmujący się naprawą blacharsko-lakierniczą autobusów Stach znał już wcześniej. Często przejeżdżał obok i zastanawiał się kto też mógł otworzyć taki przybytek na takim zadupiu. Typ od Yamahy okazał się tutejszym lakiernikiem nie mającym więcej niż 165 cm wzrostu i 28 lat. W takim razie jak on dosięgał do ziemi na enduraku?? Idąc po rampie na piętro, gdzie maszyna była zadokowana, Stach ma nieodparte wrażenie, że skądś zna właściciela tenerki. Wchodząc do hali zaskoczył nagle i już wie, że facet dosiada litrowego Fazera, jeździ jak pojeb..ny i miał okazję poznać go niedawno na kursie prawa jazdy C+E w rodzinnym mieście. Wchodząc do ciepłego i suchego pomieszczenia z gołymi babami na plakatach Stach widzi najpierw wspomnianego Fazera i zaraz potem Supertenere. Podchodzi tak blisko, że bliżej się nie da i łapczywie pożera wzrokiem obiekt zainteresowania.

"Moto trzyma się kupy. Daje radę. Kurde no dobra - po prostu dawno nie widziałem tak odpicowanego lub inaczej - nienagannie utrzymanego motocykla" - pomyślał. Plastiki nie popękane, polerka na osłonie silnika, wahaczu i gdzieś tam jeszcze.

...Amor tylny, lagi, silnior i gaźniki - wszystko suche, albo porządnie powycierane... Wydech też suchy, bez jednego śladu korozji, oznaczenie przełączników na kierownicy - czytelne, klocki, łańcuch i zębaty OK. Serducho podaje Stachowi szybciej na układ, czuje lekkie "podjaranie"... W końcu łapie się na tym, że kolo uważnie go "obcina" i skumał, że rybka połknęła haczyk. "Trzy lata handlu i dalej popełniam szkolne błędy" - pomyślał sobie i od razu rzucił lojalnie: "I tak dziś nie zamkniemy tematu, bo jestem tutaj przejazdem przy okazji i nie mam dutków przy sobie..."

Koleś bez śladu zawodu na twarzy mówi "no problem, spokojnie, przejedź się najpierw, zobacz o co 'cho'...". Zatem nie martwi się o sprzedaż maszyny i wyraźnie się jej nie wstydzi. Jest nawet lekko bezczelny przeklinając między zdaniami i nic konkretnie nie mówiąc - zapomina, że to on ma tylko starocia, a Stach wybiera i płaci.

Ten niewysoki gość sprawnym ruchem wyprowadza maszynę na halę. W tym czasie Stach lustruje Fazera. Motocykl też jest idealnie utrzymany - zatem właściciel potrafi o niego dbać i nie jest brudasem. Supertenere ma jednak ohydne, pojedyncze i prostokątne światło z przodu. Taki rok produkcji i taki reflektor? Dlaczego, przecież powinien być podwójny okrągły. Kolo wyjaśnia, że to wersja szwajcarska i dlatego. Zdziwiony Stach słucha tego wyjaśnienia, które i tak do niego nie przemawia. "Trzeba będzie potem dokładnie rozkminić papiery" - pomyślał. Rozlega się dźwięk rozrusznika. Szorstki, grzechoczący na luzach przelatanymi łożyskami. Silnior odpala bez ssania od razu, więc zainteresowany dotyka lśniącego dekla, aby organoleptycznie sprawdzić temperaturę - ciepły, a więc był wcześniej rozgrzewany - Stach tego nie lubi. Woli słyszeć jak motor odpala i idzie na zimno, bo czasami występują wtedy dźwięki, które po złapaniu temperatury pracy milkną.

Wskakuje na sprzęta i zjeżdża po rampie. Było groźnie bo nie namierzył wnet stopą malutkiego nożnego hamulca i niechcący doprowadza do awaryjnego hamowania tylko przednim na dole betonowej, stromej rampy o niskim współczynniku przyczepności. Oj Stach uważaj, bo dawno nie jeździłeś...

Rusza przez podwórko. Dziury na placu niby duże więc stara się je omijać. Niepotrzebnie, bo to nie gixer. Yamaha demonstruje pracę zawieszenia - puf, puf - pokonuje korytka, wyrwy tłumiąc wszystko. Zaczyna rozumieć o co chodzi w połykaniu nierówności dużymi kołami na miękkim zawieszeniu o głębokim skoku. Ponieważ w bagażniku samochodu zostawił kask i rękawice - a jest około 7 stopni w plusie, Stach nie traci czasu i wypada tak jak stał - w dżinach i sztruksowej kurteczce na asfalt i zaczyna się jazda.

To znaczy nic się nie dzieje tak naprawdę. W porównaniu do jazdy na suzuki to stoi się w miejscu wachlując po kolei biegami. Motor kręci się owszem nawet wysoko, jednak można to wszystko nazwać tylko przyspieszaniem, a nie walką o utrzymanie się na motocyklu i przy okazji też samego motocykla na zwężającej się podczas wzrastającej prędkości szosie. Dźwięk dwucylindrowego silniora ma w sobie cos z ... cinquecento. Wibruje porządnie i terkoce. Trochę lipa, no ale kolego jaki komforcik - pozycja godna i stateczna, pęd wiatru z owiewki prosto na pysk i nie można oddychać. Stach nie oddycha, ale buja dalej. Prędkość 140 i czuć, że zbliża się raczej do górnego pułapu możliwości tej maszyny. Przy 160 pasuje, bo już wie wszystko.

Wracając do warsztatu Stach namiętnie miesza biegami - do góry dwa, trzy na dół i z powrotem, na piątce przeciągam klamą po sprzęgle - jest dobrze. Biegi ładnie wchodzą i ładnie wychodzą, sprzęgło nie ślizga się, Stach jedzie jak łajza żeby odkryć jakieś nietypowe zachowanie jednośladu. Puszcza kiero, wstaje na podnóżkach - no pełny świr. I nic.

Stach podjarany wpada na plac i podbija do typa. Zsiada zostawiając moto na chodzie i osłuchując granie trzewi rzuca w końcu jak mantrę: ILE?

Gość zaczął nieśmiało, że spuści tylko stówę bo więcej nie może. Bo to tylko tak przypadkowo nadał jego funfel ogłoszenie o sprzedaży i że osobiście "w ogóle najchętniej nie sprzedawałby go w ogóle"... Przy okazji tłoczył bajer malwersanta, symulanta, lolka matołka. Ogólnie, że za tą cenę dostaję kawał porządnej, i wyrwało mu się - "odremontowanej" maszyny.

- Odremontowanej? Co robiłeś? - pyta Stach i w tym samym momencie dostrzega wskazanie licznika kilometrów. Cóż, lepiej późno niż wcale. 78000 km to dużo nawet jak na Yamahę. Jeszcze ten znak zapytania z rokiem produkcji. Gość nieco spłoszony gasi silnik. Stach nie planował tego, więc natrętnie uruchamia go jeszcze raz. Znajomo brzmiący rozrusznik z jeszcze większym trudem niż przedtem zakręcił, ale silnik zaskoczył. Aku chyba nie trzyma. Moto chodzi na wolnych obrotach na poziomie 1100 na minutę. Nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle bo np. w Suzi skala obrotomierza zaczynała się od 3 tysięcy... Typ chce udobruchać coraz bardziej upierdliwego Stacha. Mówi o wymianie tłoków pokazując mu stare, o szlifie cylindrów, o regulacjach, o dniach i nocach spędzonych przy tym motocyklu. Okazuje się, że maszyna nie jest zarejestrowana na niego, lecz na kolegę. Nie ma przeglądu i ubezpieczenia. Ale to nic - żebym Stach przypadkiem nie zmarzł to nawet o godzinie "dwudziestej piątej" przywiezie sprzęt busem do jego grajdołka. Gratis. Na koniec po dłuższej chwili pracy na wolnych obrotach Stach odkręca raptownie i bez uprzedzenia na 8 tysięcy wbrew ostrzeżeniom właściciela o nie dotartych częściach. I wtedy (sadly) to się stało. Z tyłu przy wylocie z wydechu ukazała się piękna, pełna harmonii w swym kształcie, finezyjna i błękitna, śmierdząca chmura dymu ze spalonej oliwy... Jak jucha z nosa...

Sorry guys...
THE END

...
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści