Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Po godzinach Prezentacja BMW R1200R - „backstage” Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Po godzinach

Prezentacja BMW R1200R - „backstage”

Wiek XXI to epoka pełnej komputeryzacji: z domu możemy zrobić zakupy, przelewy, przejść się wirtualnie ulicą w każdym większym europejskim mieście czy śledzić ruch przesyłki z zamówionym towarem. Wydawać by się mogło, że przeprowadzenie pierwszego zagranicznego testu, poza snem z dala od domu, będzie bułką z masłem. Ot, wsiadam w samolot, lecę, wysiadam, jeżdżę, piszę test, wrzucam fotki na facebookową stronę Motogen.pl i zapominamy o temacie. Jak pokazała praktyka, nie wszystko poszło tak jak powinno, ale bogatszy w nowe doświadczenia mogę Wam obiecać, że następnym razem będzie już tylko lepiej.

Wyjazd, czyli jak „dać ciała” w kilku odsłonach

Dzień poprzedzający wyjazd to pełna euforia. Sprawdzanie prognozy pogody, pakowanie, ładowanie baterii telefonu i GoPro, przygotowanie laptopa oraz dobór ciuchów motocyklowych. Kilka wcześniejszych wieczorów było pogodnych, dlatego nie było sensu przejmować się mgłą, deszczem, śniegiem czy jakimkolwiek innym zjawiskiem wpływającym na loty. Kiedy odczytałem po raz kolejny maila z BMW z zaproszeniem i numerami rezerwacji lotów wpadłem w panikę. Zapowiadana prezentacja BMW w istocie dotyczy tylko modelu R1200R, a nie modeli na 2015 r. jak wcześniej błędnie informowałem. Nie było już sensu zmieniać tekstu newsa, zdecydowałem za to, że napiszę sprostowanie przy okazji pierwszych wrażeń z jazdy motocyklem. Jak się okazało to wtopa numer jeden, a będzie ich jeszcze kilka. Wieczorem pojawiła się gigantyczna mgła, ale liczyłem, że do rana nie będzie po niej śladu. Kilka godzin później pobudka, a z racji faktu, iż Piotrek Baryła ze Świata Motocykli mieszka niedaleko mnie, umówiliśmy się, że dojedziemy razem. Już w taksówce mieliśmy pewność, że podróż będzie trwała znacznie dłużej niż była planowana. Po dotarciu na Okęcie okazało się, że nasz samolot wiozący nas na przesiadkę w Berlinie w ogóle nie przyleciał do Warszawy. Musieliśmy znaleźć coś alternatywnego. W międzyczasie dotarła reszta zaproszonych redaktorów z Polski.

 

Obsłudze udało się znaleźć połączenie z przesiadką w Madrycie zamiast Berlina, jedyną wadą był wylot pięć godzin później. Z braku kart, chińczyka lub innych gier zespołowych pozostało oczekiwanie w kawiarni. W tym momencie uświadomiłem sobie, że mój laptop został w domu. Na powrót po komputer było stanowczo za późno, a wezwanie do odprawy przerwało rozmyślania o własnym roztargnieniu. Niecałe pół godziny później wystartowaliśmy do Madrytu. Tam, po dwugodzinnym oczekiwaniu na kolejny samolot, wznieśliśmy się w kierunku punktu docelowego - Alicante. W czasie oczekiwania na odbiór bagażu standardowo „darłem łacha”, że Hiszpanie na pewno go zgubili. W istocie, moja walizka była jedyną, która nie została załadowana do naszego samolotu – jak widać, los bywa przekorny albo chciał mi pokazać swoje poczucie humoru. Na prezentację miałem zatem tylko GoPro, bagaż podręczny bez środków czystości, ładowarek itp. oraz na sobie motocyklową kurtkę Ret-Bike.

 

Ostatnim etapem podróży była trasa do oddalonego o 50 km Benidormu - miasta, które jeszcze 40 lat temu było wioską rybacką, do czasu, aż ktoś postanowił zrobić z niego europejskie Las Vegas. I tak mamy kilkudziesięciopiętrowe apartamentowce wybudowane prawie na plaży. Nasz hotel imponował: położony nieco z boku składał się z kilku budynków, będących kopią zabytków znajdujących się w okolicy. Największe wrażenie zrobił gmach wyglądający z zewnątrz na kościół (miał wieżę, zegar, krzyż), w praktyce okazał się wielką salą, którą można było wykorzystać zarówno na konferencje, szkolenia, jak i pokazy mody. Miał też perfekcyjną akustykę. Wieczorem wzięliśmy udział w konferencji, w czasie której konstruktorzy opowiadali o R1200R, jego rozwiązaniach i historii, a całości dopełniała ekspozycja poprzedników, z których najstarszy był z początku lat 30. ubiegłego wieku. Ostatnim wydarzeniem dnia okazała się kolacja, w czasie której zamęczyliśmy menadżerów i projektantów setkami pytań dotyczących rozwiązań konstrukcyjnych modelu.
 

Dzień drugi, jazdaaa!

Pobudka, śniadanie i odbiór kluczyków. Z racji faktu, że miałem na sobie dżinsy motocyklowe z wyjętymi protektorami (już wiem, że na każdy następny test będę je zabierać na wypadek awarii, zgubienia bagażu itp.), pozostało zorganizować kask, rękawice i ochraniacze. BMW dysponowało całym vanem z różnymi akcesoriami, zatem szybko skompletowałem brakujące rzeczy.

 

Zanim rozpoczęliśmy jazdę, wybrałem najwyższe z czterech możliwych wysokości siedzeń. Przyznam, że dotychczas regulowaną wysokość czy akcesoryjne siedzenia uważałem trochę za fanaberię, w praktyce różnica w komforcie czy zajmowanej pozycji jest kolosalna. Ale do rzeczy. Rozpoczęliśmy jazdę, w czasie której przewidziano kilka fotostopów. W Hiszpanii byłem po raz pierwszy, a rejon nieco w głąb lądu pomiędzy Alicante i Benidormem okazał się idealny do przeprowadzania testów motocykli (no może poza chopperami, bo na winklach zeszlifują się do końca). Setki zakrętów, góry wznoszące się na ponad 1500 m oraz różnice poziomów drogi o kilkaset metrów na długości 2-3 km powodują, że każdy, kto lubi jazdę motocyklem, szybko się zakocha. Do tego strzeliste skały, kaktusy, urwiska, a na horyzoncie Morze Balearskie i temperatura powietrza oscylująca w okolicach 20°C powodowały, że cały czas odczuwaliśmy niedosyt jazdy.

 

R1200R

BMW stanęło na wysokości zadania. ESA, ABS, kontrola trakcji, kilka trybów pracy motocykla (Rain, Road, Dynamic i User – dwa ostatnie jako opcja), a przede wszystkim rezygnacja z dotychczasowego zawieszenia z „lever” w nazwie na rzecz upside-down, w połączeniu z radialnymi zaciskami hamulcowymi powodowała taką ilość odczuć, że nie sposób się nimi nie podzielić. Po pierwsze motocykl daje duże poczucie bezpieczeństwa, po drugie łatwo go spersonalizować, a po trzecie, mimo nierzucających na kolana  125 KM, jazda po krętych drogach powoduje wręcz sportowe doznania. To bez wątpienia jeden z najlepszych golasów jakie kiedykolwiek prowadziłem. Jest przemyślany, do bólu konsekwentny, a prowadzenie go to czysta, niczym niezmącona przyjemność. Z drugiej strony to cały czas BWM z bokserem, więc zsiadając z niego i analizując działanie mechanizmów nie ma „woooow”, tylko po raz kolejny mówimy sobie „niemiecki do bólu” i  nie mamy zamiaru zsiadać. Więcej zdradzę w teście, kierując jednocześnie prośbę do czytelników: jeśli macie jakieś pytania związane z R1200R wpiszcie w komentarzach pod tekstem lub prześlijcie na nasz adres j.olkowski@motogen.pl.

 

Przed popołudniową sesją dotarł do mnie bagaż, dzięki czemu kolejną sesję mogłem już pokonać w swoich ubraniach. Tuż przed zakończeniem trasy zdążyłem jeszcze zdemolować służbowe GoPro, którego przyssawka puściła przy prędkości 140 km/h. Na szczęście poza połamaną obudową kamera działała dalej, nie uszkadzając zapisanych wcześniej filmów i zdjęć.

 

Następnego dnia nic nie popsułem, nie zgubiłem, nie zapomniałem. Poza turbulencjami podczas lądowania w Berlinie i Warszawie, powrót odbył się bez większych przygód.

Szczegółowego materiału o R1200R – spodziewajcie się już wkrótce.

Autor: Jakub Olkowski
oceń ten materiał:
BMW R1200R - prezentacja modelu BMW R1200R - prezentacja mo...
Trasa testów Trasa testów
Kuba w trasie Kuba w trasie
Kuba na BMW R1200R Kuba na BMW R1200R
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści