Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Turystyka Wyprawy motocyklowe Motocyklem po Wietnamie: Z DONG HA DO HOI AN PRZEZ HUE* [Dzień 6] Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Wyprawy

Motocyklem po Wietnamie: Z DONG HA DO HOI AN PRZEZ HUE* [Dzień 6]

Kurcze, dzisiejszy dzień ciężko mi opisać. Nie dlatego, że opuściła mnie wena, lecz dlatego, że nasz dzień został zdominowany przez zwiedzanie a zazwyczaj im więcej zwiedzamy tym mniej robimy głupot, które warte są opisania. A już wiem, co opiszę! Jackowi sparaliżowało twarz. To było całkiem śmieszne. Kupiliśmy sobie na targowisku trzy rodzaje owoców: liczi, longany i jackfruit'y. Po którymś z nich Jacek dostał reakcji uczuleniowej tak silnej, że zesztywniała mu facjata.

Sama droga z Dong Ha do Hue jest dosyć monotonna. Nie ma zakrętów i wygląda niczym nasza „Gierkówka” na odcinku z Częstochowy do Katowic tylko bez fotoradarów.

W Hue zwiedzamy miasto – starą stolicę Wietnamu i imperialną twierdzę, która jest tutaj główną atrakcją. Twierdza jest nazywana zakazanym miastem, a zakazane rzeczy, jak wiadomo korcą najbardziej. Dlatego też tu trafiliśmy. Twierdza, muszę przyznać niezła, chociaż pewnie na swoim koncie mamy już bardziej zakazane rzeczy.

 



Zwiedzamy całe miasto dosyć szybko i zapewne nie jeden przewodnik po tym mieście obruszyłby się słysząc, że robimy to aż tak po łebkach. Zwiedzamy w myśl Jacka maksymy, którą właśnie wymyślił: „Lepiej wiedzieć coś o wszystkim niż wszystko o czymś.” Chyba go rozumiem i zgodzę się z nim. Nie można spuszczać się nad każdym szczegółem i każdym pomnikiem opisanym w przewodnikach, bo życia zabraknie. To tak jakby całe życie poświęcić na zwiedzanie Jury Krakowsko - Częstochowskiej i badać ruiny zamków Orlich Gniazd, ale jak się popatrzy na perspektywę jest to tylko mikro fragment naszego globu a przecież, jak śpiewał Kazik w piosence „Natalia w Brooklynie”, jeszcze gdzieś indziej jest piękny świat.

W tym mieście jemy też najtańszy jak dotąd posiłek. W małej knajpeczce, o której istnieniu, jak zakładam, sanepid nie ma bladego pojęcia, napychamy swoje żołądki za równowartość jednego dolara za osobę.

 

>> Zobacz także poprzednie odcinki wyprawy, część pierwszą, drugą, trzecią i czwartą!!! <<<


Kolejne kilometry pokonujemy drogami wymarzonymi dla motocyklistów. Półwyspy połączone mostami z zielonymi, górzystymi, wijącymi się serpentynami z widokiem na spienioną otchłań morza. Nareszcie robi się cieplej, ale żebyśmy nie mieli zbyt lekko, zaczyna padać deszcz. Deszcz, który towarzyszy nam już do końca dzisiejszego dnia – do dojazdu do Hoi An.

W międzyczasie robimy postój przy olbrzymim, lecz opustoszałym przez pogodę, jak mniemam, bulwarze. Ciężko nam się dogadać z kelnerem i dostajemy po piwie i frytkach. Zamówienie to jest wypadkową naszych żądań i znajomości angielskiego przez kelnera. Raczej nie zdarza się nam pić alkoholu podczas jazdy, ale wbrew naszym zasadom dzisiaj wypijamy po jednym małym piwku.

 



- „Brakowało mi już takiego męskiego przeciurania się po deszczu i błocie” - kontempluję chwilę przełykając pieniste zimne piwo.
- „Tak, to jest dobry dzień. Ciężki, ale dobry. Na taki wyjazd nie zabiera się kobiety” - przytakuje Jacek wylizując sos chili zmieszany z majonezem z długiej, ładnie wysmażonej frytki.
- „Oczywiście, że nie, no chyba, że chcesz z jakąś zerwać a nie wiesz jak się do tego zabrać. Trzepnęło mnie trochę to piwo. Musimy uważać!”
- „No coś Ty, ja nic nie czuję. Jedziemy dalej!” - ponagla Jacek kładąc na rachunku zwitek kilku banknotów i wciskając na głowę kask.
Nie mija 10 minut jazdy jak Jacek wpadłby pod rozpędzoną Toyotę Hillux podczas wykonywania skrętu w lewo. Blokuje tylne koło w swojej Hondzie Win i bokiem stawia motocykl. Muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem nieźle. Groźnie, ale nieźle.

W Hoi An idziemy na przepyszną kolację. Unikamy jak ognia restauracji obłożonych turystami i docieramy do niepozornego namiotu w którym siedzą sami Wietnamczycy. Trochę ciężko jest nam złożyć zamówienie, ale udaje się nam zamówić grillowane krewetki, powój z dziwnymi podłużnymi ślimakami, które trochę wyglądają jak męskie przyrodzenie podczas kąpieli w zimnym jeziorze, bądź, jak kto woli, mocno rozgotowany biały szparag. Robimy sobie konkretną wyżerkę. Dodatkowo na naszym plastikowym stole pojawiają się jakieś inne okrągłe ślimaczki, przegrzebki i jakieś małe czarne rybki nadziane w całości bez patroszenia na szaszłykowe patyczki. Prawdziwa orgia smaków w ustach.

Ostatnią atrakcją dzisiejszego dnia jest masaż powięziowy, który sobie zafundowaliśmy w półprofesjonalnym salonie masażu. Jacek zamawia masaż sportowy w wersji „strong” a ja wersję „najsofciejszą”. Jacek od razu po przyjęciu pozycji horyzontalnej zasypia i chrapie tak głośno, że nasze masażystki nie mogą powstrzymać śmiechu. Moja wersja „soft” jest tak bolesna, że stękam przy tym potwornie na co moja masażystka co chwilę reaguje zdaniem pytającym: „Are you OK?”. Nie wiem jak Jacek może spać będąc tak torturowanym. Po całym zabiegu bolą mnie łydki jakbym przebiegł maraton i ledwo wracam do hotelu. Padam na łóżko i od razu zasypiam budzony co kilka godzin przez jakieś zwierze, które buszuje nam po pokoju dojadając resztki owoców, które wywołały dzisiejszy paraliż u Jacka.

 

* to zdanie jest po polsku – serio! 

 

 

Powiązane materiały

POBIERZ WIĘCEJ
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści