Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Turystyka Wyprawy motocyklowe Motocyklem po Wietnamie: Wietnamczyk płakał jak sprzedawał [Dzień 12] Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Wyprawy

Motocyklem po Wietnamie: Wietnamczyk płakał jak sprzedawał [Dzień 12]

W deszczowej aurze opuszczamy nasz Eden. Jak dobrze pójdzie to zrealizujemy dzisiaj nasz plan i dotrzemy do Sajgonu, od przeszło czterdziestu lat nazywanego zgodnie z przyjętą nową nazwą Ho Chi Minh. Dzisiaj los nie obył się ze mną delikatnie. -”Nie mogę zginąć w tak durny sposób! Ratunku! Zatrzymajcie się na moment!

 K***a! Chociaż zwolnijcie! Nie widzicie, że padł mi motocykl?!” Mogę sobie krzyczeć. W hałasie autostrady i ryku klaksonów moje błagalne okrzyki o przetrwanie są ledwo słyszalne. Odpycham się karykaturalnie na przemian nogami, raz lewa, raz prawa, niczym małe dziecko na jednym z tych małych rowerków bez pedałów. Usiłuję wypłynąć w ten sposób z epicentrum tego drogowego hadesu. Wiosłuję nogami przez kałuże o głębokości kilkudziesięciu centymetrów, brodząc w brudnej ulicznej wodzie o mętnym zabarwieniu.

 

 

>>>Koniecznie przeczytaj poprzednie części wyprawy: pierwszą, drugą, trzecią, czwartą, piątą, szóstą, siódmą, ósmą, dziewiątą i dziesiątą!!! <<<

 

Zbliżaliśmy się właśnie do jakiegoś wjazdu na drogę ekspresową. Deszcz musiał lać tutaj przed naszym przyjazdem tak obficie, że zebrało się na drodze niezłe jezioro. Jechałem za Jackiem gęsiego usiłując przeprawić się przez wodę w najpłytszym, naszym zdaniem miejscu. Robiliśmy to dosyć wolno, z zachowaniem marginesu dużego bezpieczeństwa. Spojrzałem w lusterko i moim oczom ukazał się tłusty samochód ciężarowy zasuwający pełną parą w moją stronę po bocznym pasie. Tłoczył kłęby wody niczym pług odśnieżający ulice w jednym z tych pierwszych dni obfitych opadów, kiedy to zima zaskakuje drogowców. Fala, którą wytwarzał była bardzo wysoka.

 

Zalała mnie po same brwi a motocykl w całości. Woda dostała się chyba do filtra powietrza, bo motocykl zaczął się dławić i nie wykazywał chęci jechania dalej. Silnik pracował na wolnych obrotach, ale po otwarciu przepustnicy bulgotał i gasł. Jacek przejechał dalej, również poganiany przez inne samochody. Także jestem tutaj sam. Kuśtykam do brzegu, ocierając się o inne pojazdy, patrząc śmierci w oczy. Na domiar złego z nosa spadają mi okulary, które rozwalcowuje sobie w drobny mak tylnym kołem motocykla. Skakanie po zalanych pasach pomiędzy innymi uczestnikami ruchu trwa jeszcze chwilkę. Udaje mi się dopchać motocykl do pobocza. Spluwam na ziemię pozbywając się z ust brudnej wody z kałuży o oleistym smaku i rozglądam się w poszukiwaniu Jacka.

 

Nieświadomy moimi ekwilibrystykami Jacek pojechał dalej pozostawiając mnie z niesprawnym motocyklem na przedmieściach jakiegoś miasta. No to pięknie – pomyślałem - najpierw naprawię motocykl a później poszukam Jacka – może za jakieś dwa dni się znajdziemy... Osuszyłem motocykl i po dwudziestu minutach ruszyłem przed siebie. Po dwóch kwadransach natknąłem się na Jacka, który jechał przeciwnym pasem drogi wypatrując mojej osoby. Po sześciu godzinach od wyjazdu z Mui Ne docieramy na przedmieścia Sajgonu. Dojazd do centrum i przeciskanie się przez miliony Wietnamczyków wracających chyba w godzinach szczytu z roboty do domu, zajmuje nam kolejną godzinę. Tych skuterów i tych Wietnamczyków jest tu naprawdę bardzo dużo.

 

 

Nawet to sprawdziłem w Wikipedii i coś mi tu nie gra. Na jednym kilometrze kwadratowym żyje tu ponad cztery tysiące Wietnamczyków, czyli niedużo więcej niż w Warszawie. Ludności jest cztery razy więcej niż w Warszawie – też nie dziwi ten fakt, w końcu to duże azjatyckie miasto. Statystyki nie przerażają, więc czemu jest tu tak tłoczno?!? Czy wszyscy mieszkańcy Sajgonu akurat teraz wyskoczyli na swoich skuterkach załatwić jakieś sprawy do centrum? Czy to jakiś włoski strajk? Na szczęście już kilka dni temu rozgryźliśmy tutejszy system ruchu ulicznego.

 

Pierwszeństwo ma ten kto pewniej wjedzie na rondo. Należy wjeżdżać bez zawahania i strachu w oczach, bo kierowcy to wyczuwają. Odpuścisz rolgaz na moment i masz przed przednim kołem autobus, dziesięć skuterków i dwie rodziny z dziećmi przed którymi musisz gwałtownie hamować. Jedziesz na otwartej na maksa przepustnicy tak by wszyscy widzieli szaleństwo w Twoich oczach i każdy Ci ustępuje. Jesteśmy w Sajgonie! Udało nam się zrealizować nasz manifest wolności. Przejechaliśmy na dwóch małych motorkach cały Wietnam.

 

Wystawiamy motocykle na sprzedaż, parkując je przed głównym wejściem do hotelu, lekceważąc kilkukrotne prośby hotelowej obsługi o ich przestawienie a sami udajemy się na rewelacyjny godzinny masaż stóp, zimne piwko i małą przekąskę. Po powrocie mamy już pierwszą ofertę kupna naszych motocykli. Odrzucamy ją i czekamy na kolejną, bardziej atrakcyjną. Takowa pojawia się kilka minut po północy kiedy do naszego hotelowego pokoju zastukał napalony handlarz motocykli. Również ją odrzucamy i idziemy spać z przekonaniem, że nasze maszyny są więcej warte niż sumy, które proponują nam wietnamscy handlarze.

 

 

Powiązane materiały

POBIERZ WIĘCEJ
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści