Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Turystyka Wyprawy motocyklowe Motocyklem po Wietnamie: Skrzydełko czy nóżka? [Dzień 5] Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Wyprawy

Motocyklem po Wietnamie: Skrzydełko czy nóżka? [Dzień 5]

Aby zrekompensować sobie trudy podróży ostatnią noc spędziliśmy w czterogwiazdkowym hotelu, za który w odniesieniu do średniej światowej, zapłaciliśmy wyjątkowo niedużo. Podczas śniadania dosiada się do naszego stolika menedżerka restauracji, albo menedżerka hotelu. Nie jestem w stanie odczytać plakietki z jej stanowiskiem wpiętej w jej niewielką pierś i nie chcąc wyjść na zboka nie zamierzam się zbytnio na tym koncentrować).

Siada bardzo blisko mnie przy naszym okrągłym stoliku i pyta się czy wszystko nam odpowiada i czy mamy jakieś uwagi. Nie wiem czemu opowiadam jej o cieknącej wannie, uszkodzonym syfonie i braku gorącej wody w naszym pokoju. Jeżeli była tylko menedżerem restauracji to przecież guzik ją to interesowało. Jesteśmy jedynymi turystami w tym gigantycznym hotelu i chyba nie często w tym portowym mieście w ogóle odwiedzają ich jacykolwiek turyści. Myślę, że chce sobie trochę pogadać. Siedzi tak blisko mojej twarzy, że czuję jej oddech na swoim nosie.

 

 

Bardzo ładnie pachnie jej z ust, wyczuwam mieszankę zielonej herbaty z jakimś ziołowym płynem do ust. Zastanawiam się czemu tak blisko trzyma swoją twarz mojej. Czy wymusza to niewygodna pozycja do rozmowy przy tak dużym okrągłym stole czy będzie chciała się całować? Byłoby trochę niezręcznie, bo jestem jeszcze przed myciem zębów.

 

>>Zobacz także poprzednie części z wyprawy: pierwszą, drugą i trzecią!! <<

 

Biorę głębokiego łyka mojej czarnej kawy na wypadek gdyby menedżerka miała jednak chytry plan. Nie chcąc aby moje myśli skupiały się zbytnio na antycypacji wydarzeń, przepraszam ją grzecznie, wstaje od stolika i udaje się po sadzone jajka. Wymagające cetrowania tylne koło, wyciek spod cylindra, uszkodzony zimmering w przedniej ladze, poluzowana zębatka zdawcza, wyciągnięte łańcuchy, pogubione od drgań i wibracji śruby i nakrętki, zgubiona sprężyna podnóżka i permanentnie zsuwająca się guma z lewego podnóżka jackowej "Hondy". To tylko część z listy usterek, które pojawiły się w naszych motocyklach po kilku dniach jazdy. Jeżeli dzisiaj nie zadbamy o nie i nie wykonamy prac serwisowych, to nie zajedziemy zbyt daleko. Na dzisiaj zaplanowaliśmy też wymianę oleju w silnikach. Nasze motorki nie mają filtrów oleju, a olej trzeba w nich zmieniać co 500 km. Tak co 500km! To znaczy, że co dwa dni jazdy musimy zmieniać olej w silniku. Na szczęście robi się to prosto i szybko, bo cały silnik jest umiejscowiony tak, że dostęp serwisowy jest bardzo łatwy. W przydrożnym warsztacie, za niewielką opłatą, wykonują nam tę usługę od ręki. Pomimo tych kilku drobnych usterek motocyklami w tych warunkach jedzie się całkiem znośnie.

 

 

Jest przy tym dużo śmiechu, a jadąc na nich bawimy się przednio. Zdawaliśmy sobie sprawę, że po dziesięcioletniej i jedenastoletniej chińskiej czy też indonezyjskiej podróbce Hondy nie możemy oczekiwać bezawaryjności. Byliśmy na to przygotowani. Wiedzieliśmy też, że stan licznika wskazujący 00000,0 km nie oddaje jego rzeczywistego przebiegu i z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że był kręcony lepiej niż w Passacie sprowadzonym z Niemiec.

 

Dzisiaj kieruje nami imperatyw dotarcia jak najdalej na południe. Nie widziałem słońca od wyjazdu z Polski, a na południu Wietnamu temperatura oscyluje w granicy 30 stopni. Jedziemy przez region gdzie nikt chyba nie mówi po angielsku. Przynajmniej my takiej osoby nie spotkaliśmy. W przydrożnej gospodzie zatrzymujemy się na obiad. Jacek zamawia kurczaka, którego przygotowanie zajmuje bardzo dużo czasu. Siedząc na zewnątrz knajpy słyszymy jak mordowana na obiad dla Jacka kura wydziera się i gdacze wniebogłosy. Dobrze, że moje tofu się nie wydziera, bo na pewno by mi było ciężko je przełknąć. Po godzinie czekania, przed Jackiem na stole ląduje wielki półmisek z posiekanym tasakiem, gotowanym, lecz niedogotowanym do końca mięsem ptaka. Z resztek ugotowali dla niego rosołek, w którym pływa gardło i inne flaki.

 

 

Ruszamy dalej, dojeżdżając do miasta Dong Ha po przejechaniu najdłuższego jak dotąd dziennego odcinka 310 km. Wieczorem szukamy kolacji. Wszędzie na straganach mają tylko chabaninę. Na wystawach leżą i wiszą martwe kury, wyglądające jakby przyjęły dużą dawkę promieniowania radioaktywnego. Gotowane są w całości, z głową, mają przymrużone oczy i podejrzane uśmieszki. Wygląda to przerażająco. Dlaczego ci sprzedawcy nie założą im chociaż czapek? Chyba mam zbyt wybredny gust kulinarny jak na to miasto.

 

 

Powiązane materiały

POBIERZ WIĘCEJ
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści