-->
Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Sport MotoGP Moto GP 2019: Le Mans, czyli włoska wojna na francuskiej ziemi Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

MotoGP

Moto GP 2019: Le Mans, czyli włoska wojna na francuskiej ziemi

Choć Grand Prix Francji na torze Le Mans było 300 zwycięstwem Hondy (i oczywiście dosiadającego jej Hiszpana) w klasie królewskiej, to jednak włosko-włoski pojedynek był ozdobą całego wyścigu.

Tak, autorem kolejnego tryumfu japońskiego producenta jest nie kto inny, jak Marc Marquez. Panujący mistrz świata, startując z Pole Position, nie pozostawił rywalom złudzeń.

Pierwsze okrążenia nie zapowiadały jednak takiej dominacji. Rękawicę podjął będący w świetnej formie Jack Miller.

 

Ale od początku. Pierwsze zaskoczenia miały miejsce jeszcze przed startem. W rolach głównych wystąpili, Karel Abraham i Joan Mir, którzy wywrócili się na okrążeniu formującym. Przyznam, że chyba pierwszy raz widziałem coś takiego.

 

 

Obaj wrócili do boksów i wsiedli na zapasowe motocykle, jednak tylko Hiszpan ukończył wyścig (16 miejsce). Czech został zdyskwalifikowany za nieregulaminowy wyjazd z pitlane. 

 

Wracając do wyścigu. Po raz kolejny doskonale zaprezentował się Australijczyk, Jack Miller (Pramac Racing). To on, jako jedyny ze stawki nie odpuszczał Marquezowi i walczył jak równy z równym z zawodnikiem Repsol Honda, a nawet przez kilka okrążeń przewodził całej stawce.

 

 

I choć MM93 dość szybko wrócił na fotel lidera to trzeba przyznać, że walka była najwyższej próby.

 

 

Od tej chwili Marquez z aptekarską precyzją i zabójczą skutecznością budował swoją przewagę, którą bezpiecznie dowiózł do mety. Powoli kończą się superlatywy, w jakich należy wyrażać się o tegorocznej formie Mistrza Świata. Można go lubić lub nie, ale obecnie jest on absolutnie poza zasięgiem konkurencji. 

 

Prawdziwa wojna rozegrała się natomiast o pozostałe miejsca na podium. Jack Miller dzielnie stawiał opór dosiadającym fabrycznych motocykli Dovizioso i Petruxowi. W świetle niedawnych słów Australijczyka, deklarującego gotowość do przejścia do producenckiego teamu, jego pojedynek z Petruccim nabrał dodatkowego smaczku. Koniec końców, na pudle stanęli Włosi:  drugie miejsce dla Dovizioso, a trzecie dla Petrucciego. Nie wiem, czy to w ogóle możliwe, ale szef zespołu, Gigi Dall’ignia chyba posiwiał jeszcze bardziej obserwując bratobójczy pojedynek, jaki rozegrał się na ostatnich okrążeniach. Petrux kilka razy próbował zaatakować będąc na absolutnym limicie. Dovi jednak pokazał, że nie bez przyczyny jest uważany za jednego z kandydatów do tytułu. Szczęśliwie dla zespołu z Bolognii, i samych zawodników, obyło się bez dramatu i „Park Ferme” wypełniła czwerwień Ducati.

 

 

Monster Yamaha na deskach

 

Znowu najlepszym zawodnikiem Yamahy okazał się Valentino Rossi, który startował i dojechał na piątym miejscu. Nie był on jednak ani przez chwilę w stanie podjąć realnej walki o podium. Jego zespołowy kolega, Maverick Viniales kompletnie pogubił się na początku wyścigu, utknął w środku stawki, aż w końcu padł ofiarą błędu Pecco Bagnaii i obaj wylądowali w żwirze.

Lepiej wypadli zawodnicy satelickiego zespołu Petronas Yamaha SRT. Morbidelii dojechał na metę jako siódmy, a faworyt lokalnej publiczności, Fabio Quartararo ósmy.

 

Najmłodszy w stawce zawodnik jest sensacją tego sezonu. Dzięki pierwszemu Pole Position w karierze podczas GP na torze w Jerez stał się najmłodszym zawodnikiem w historii MotoGP, który wygrał kwalifikacje. Podczas domowej rundy musiał jednak przebijać się z 10 pozycji. Francuz pokazał swój ogromny potencjał w końcówce wyścigu, kiedy to był zdecydowanie najszybszym zawodnikiem na torze, wyprzedzając z niebywałą łatwością bardziej utytułowanych konkurentów, Cala Crutchlowa oraz Jorge Lorenzo. Warto obserwować rozwój kariery tego młodzieńca… oj warto!

 

Już za dwa tygodnie karawana MotoGP zajedzie do żółtej świątyni, gdzie król jest jeden, a jego numer to 46. Mugello to miejsce magiczne. Żółte trybuny, wypełnione fanatycznymi kibicami Valentino Rossiego. Niesamowita nitka toru oraz TA prosta i osiągane na niej rekordowe prędkości maksymalne. To tutaj w 2017 Dovizioso, podczas ostatniej sesji treningowej, przekroczył 361 km/h! 

 

 

To tutaj też rok temu dramatycznie wyglądający wypadek zaliczył Michele Pirro. Do tej pory nie wiem, jakim cudem wyszedł z tego bez poważnych obrażeń (tylko dla widzów o mocnych nerwach):

 

 

To wszystko jest zapowiedzią wielkich emocji i absolutnego święta wyścigów motocyklowych. Żaden szanujący się kibic MotoGP nie może tego przegapić. 

...
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści