-->
Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Felietony Kawasaki KZ750 – kupiłem youngtimera Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Felietony

Kawasaki KZ750 – kupiłem youngtimera

Od dłuższego czasu chodził mi po głowie zakup youngtimera. Od małego kochałem motoryzację, ale dochodzę do wniosku, że jej wcielenie z ostatnich 10 lat coraz mniej mi pasuje. Zarówno samochody jak i motocykle są coraz lepsze, bezpieczniejsze, bardziej przyjazne, doskonalsze, ale za grosz nie potrafią wzbudzić we mnie doznań takich, jak obecne youngtimery 25 lat temu.

Wprawdzie doceniam wysiłek inżynierów w to, żeby było nam wygodniej, bezpieczniej, szybciej, sprawniej – ale w tym wszystkim jednoślady przestały wzbudzać we mnie gwałtowną chęć posiadania. Doceniam, czasem bywam zafascynowany, ale czy chciałbym wydać tyle na motocykl, ile kosztują nowe pojazdy? I tu zaczynają się pewne schody. Odpowiem – zdecydowanie nie.

 

Koszt nowego motocykla to mimo wzrostów gospodarczych nadal spory wydatek. Kiedy w końcu udałoby się zrealizować to marzenie, szybko do sprzedaży trafiłby nowszy model, lepszy, zmieniły by się moje oczekiwania dotyczące sprzętu, więc chciałbym go sprzedać, kupić inny. To wszystko powoduje taki korporacyjny pęd do zmian, bycia na topie. Tymczasem analizując wspomnienia dotyczące początków mojego motocyklizmu okazuje się, że te które najbardziej utkwiły w pamięci wiążą się z motocyklami, będącymi 25 lat temu kilkunastoletnimi gruzami.

 

 

Najbardziej jednak w pamięci utkwiło mi przemalowywanie starego Kawasaki KZ750GT mojego kumpla w czasie obozu sportowego. Po treningach lecieliśmy pomiędzy domki, rozkręcaliśmy kawę, szpachlowaliśmy zbiornik, szlifowaliśmy, docieraliśmy, matowaliśmy, aż w końcu nasz trener, który sam miał innego KZ pomalował sprayem części zawieszając je na lince do prania pomiędzy drzewami. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Motocykl z brzydkiego wrzosowego metaliku stał się czarno matowym „złym” jednośladem w klimacie mad-maxa.  

 

Cała sprawa wciągnęła mnie na tyle, że kolejne kilka lat wakacji pracowałem po 12 godzin odpuszczając wszelkie przyjemności, żeby kupić swój pierwszy motocykl. Ostatecznie na przemalowanej Kawie zginął inny kolega, a ja stałem się posiadaczem VFR750, ale to temat na zupełnie inną historię. Kawa była pierwszym prawdziwym motocyklem, który prowadziłem, pierwszym, przy którym grzebałem i pierwszym, który spodobał mi się na tyle, żeby całkowicie zrezygnować z marzeń o samochodzie na rzecz motocykli. Nigdy jednak nie stałem się jej posiadaczem.

 

W zeszłym roku nasz były Naczelny, Szymon Dziawer wysłał mi zdjęcia swojego nowego wówczas zakupu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem znajomą sylwetkę. To było najprawdziwsze Kawasaki KZ750. W tym momencie wiedziałem, że zakup tej sztuki to kwestia czasu. Niestety, Szymonowi Kawa przypadła na tyle do gustu, że nie było mowy o sprzedaży. Z czasem jednak, zaczął się łamać, aż w końcu pozostało ustalić kwotę. Negocjacje trwały długo, ale w końcu zakończyły się sukcesem. Motocykl był wprawdzie w nieco innej wersji (Szymona KZ od wersji GT, którą przemalowaliśmy różnił przede wszystkim napęd łańcuchem, liczniki i tylny fragment nadwozia, ale zawsze to KZ).  Zanim Kawa trafiła do mojego garażu została jeszcze opisana w Świecie Motocykli.

 

Oczywiście, przyzwyczajony do świeżych modeli, musiałem sobie przypomnieć jak się prowadzi motocykl wyprodukowany 35 lat temu. I muszę przyznać, że mimo dużej masy jest zaskakująco wygodny, poręczny i zwrotny jak na 750 ccm. Osiągi i hamulce też są lepsze, niż zapamiętałem. Jak porównacie ją z jakimkolwiek współczesnym nakedem będzie także dużo bardziej wygodna dla pasażera, uniwersalna i funkcjonalna – ale oczywiście po rozruchu będzie grzechotać, jakby zamiast oleju miała kulki z łożysk, czasami spoci się w najmniej spodziewanym miejscu, a ustawienie gaźników bywa wyzwaniem. Kultura pracy na zimnym silniku także pozostawi dużo do życzenia. Ale te wszystkie niedociągnięcia tworzą niesamowitą aurę obcowania z żywym, charakternym organizmem. To nie kolejny nowy, bezproblemowy pojazd. Wgniecenia, rysy, drobne ogniska korozji są świadectwem wielu kilometrów i przygód, historii danego egzemplarza, który w swoim jednośladowym życiu trochę przeszedł.

 

Nie będzie restaurowany ani doprowadzany do idealnego stanu wizualnego. Postaram się zadbać o niego mechanicznie i zabezpieczyć wygląd, żeby pozostał w takim stanie, jak teraz, czyli po przejechaniu 70 tys. km i 35 latach na drodze. Z patyną, rysami, wgniotkami. Chcę go możliwie dużo używać, bo uzmysłowiłem sobie, że w codziennej, spokojnej jeździe daje mi mnóstwo przyjemności. Może zamontuję wydech 4 w 1  (swojego czasu była to popularna przeróbka) pozostawiając możliwość powrotu do oryginału, a może pozostawię tak, jak jest. U kolegi leży owiewka (niewielka osłona wokół reflektora podobna do tej z Kawasaki ZRX) od pierwszego rocznika GPZ 750, który de facto był nieco zmodyfikowanym KZ750. I to chyba wszystko. Aha, gdyby ktoś z Was miał centralną podstawkę i rączkę-pałąk wokół siedzenia pasażera, chętnie odkupię.

 

A patrząc z perspektywy rozsądku – KZ750 nie będzie jakimś wybitnie ciekawym klasykiem na miarę pierwszej CB750 czy Z900 – dla mnie jednak z powodów sentymentalnych ma dużą wartość. I siadając na niego po 24 latach czuję, jakbym wkładał stare, wygodne kapcie. Mam też cichą nadzieję, że podzielicie się z nami, jaki motocykl dla Was był tym, czym KZ dla mnie albo czy macie motocykl, o którym wiecie, że musicie lub już do niego wróciliście…

 

 

 

Więcej o motocyklach Kawasaki
...
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści