Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Felietony Jak bezpiecznie jeździć na motocyklu: Trochę rozsądku i trochę szczęścia – tylko w jakich proporcjach? Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Felietony

Jak bezpiecznie jeździć na motocyklu: Trochę rozsądku i trochę szczęścia – tylko w jakich proporcjach?

Jeszcze zanim wsiądziesz na motocykl, obiecujesz sobie, że dzisiaj będziesz jechał powoli, relaksacyjnie. Nie chcesz stresować ani siebie, ani swoich najbliższych. Z resztą obiecałeś sobie, że już będziesz rozsądny, że nie dasz się podpuścić, będziesz mądrzejszy. Twoje wszystkie postanowienia… pryskają nagle jak bańka mydlana, pod wpływem basowego pomruku, wydobywającego się z czeluści tytanowego tłumika twojej maszyny. Teraz liczy się tylko jego muzyka, a chcesz żeby brzmiała jak najgłośniej, niosąc się za tobą dudniącym echem.

Motocykl to emocje. Wsiadając na maszynę po kilku dniach przerwy po prostu nie można często opanować drżenia rąk. Macie tak? Nie wiem, po co was o to pytam. Pewnie, że macie. Podniecenie czasem jest tak silne, że mylisz się w podstawowych czynnościach startowych. Najpierw rozrusznik? Nie, najpierw trzeba włączyć zapłon. Aha, to dlatego nie kręcił… Podniecenie związane z jazdą może podpowiadać głupie rzeczy, szczególnie podsycane przez znajomków jadących obok ciebie. Przecież zawsze na ich tle chcesz wypaść jak najlepiej. Najdłuższa guma, cały zakręt na kolanie, załapać się na odcięcie na ostatnim biegu na odcinku od skrzyżowania, do mostka… wszystkie te malutkie rekordy chcesz zgarnąć dla siebie. Znam to, bo też tak miałem, ale na szczęście to mija.

 

Kupiłem swój pierwszy, stary motocykl o dużej pojemności – Hondę Nighthawk 700 z 1984r. Pierwsze dwa lata spokojne, bo bałem się o rozlatujący się, leciwy sprzęt. Kuriozalnie wcale nie myślałem, że jak będę przeginał, to coś mi się stanie. Nie, to wydawało mi się akurat niemożliwe. Czasem odkręcałem gaz na maksa, ale na krótko, żeby silnik nie wybuchł. I w końcu wybuchł, a dokładnie zmieliła się skrzynia biegów. Potem rok bez motocykla, więc motocyklowa pustka, tęsknota, chodzenie po ścianach i zbieranie każdej złotówki na sprzęt. W 2004 roku zakup tego wymarzonego, jedynego Fazera 600 rocznik 1999. Pięcioletni motocykl – prawie nowy. Ach, pamiętam jak dziś, byłem szczęśliwy, ręce się trzęsły. Pierwszy rok jazdy był znowu spokojny, dwie gleby na mokrym przy małej prędkości potraktowałem jako naukę na przyszłość i prztyczek w nos. Sezon 2005 to już ogień, a moja nieśmiertelność rosła z każdym przejechanym kilometrem. W końcu po 3 latach bezawaryjnej i bezwypadkowej jazdy na Fazerze uważałem się za gościa. Cieszę się, że przeżyłem ten okres. Serio. Wtedy za każdym razem w mojej głowie wygrywał ten czerwony pan z lewej. Liczył się tylko ogień, a jakże, głównie po mieście.

 

Potem Z1000, właściwie nowy, z salonu, ale z przebiegiem 1000 km. Przeżył zderzenie z autem, które zajechało mi drogę już w 13 dni po jego zakupie. Pechowa trzynastka… Jechałem 70 km/h, przeleciałem przez auto, motocykl został. Miałem szczęście. Naprawiłem sztukę i latałem dalej aż do przegumowania. Tym razem pękł blok silnika. Szkoda. Motocykl szrot, mi nic. Z pieniędzy z ubezpieczenia kupiłem DRZ 400 SM. No i wtedy się zaczęło. Nie było na tym motocyklu już prędkości – w końcu to tylko 40 koni, ale przednie koło nie dotykało ziemi. Diabeł w górze mi je trzymał praktycznie cały czas.

 

Dobra, nie będę pisał o mojej całej motocyklowej historii, bo raz, że każdy ma swoją, a dwa, że pewnie moja wcale was nie obchodzi. Konkluzja jest taka, że uspokoiłem się dopiero po czasie i paradoksalnie teraz, kiedy mam w sumie największe doświadczenie, przestałem przeginać. Na ulicy jeżdżę z jajem, ale spokojnie. Staram się przewidywać co się stanie za chwilę, skupiać się na szukaniu zagrożeń jednocześnie się nie wlokąc. Po 17 latach na motocyklu podczas jazdy nie mam już takich emocji jak kiedyś, studzi mnie rozsądek. Nadal to kocham, ale już jakby inną miłością, dużo bardziej rozważną, bardziej przewidywalną, mniej wybuchową. Dorosłem – najwyższy czas, w końcu mam 36 lat. Najważniejsza zmiana we mnie jest taka, że przestała mnie kręcić prędkość, przestałem też mieć ciągoty do sypania na kapcia spod każdych świateł, a najważniejsze stało się dla mnie to, żeby dojechać do celu. W jednym kawałku. Tę cechę cenią na pewno importerzy, którzy wpychają mi chętnie te wszystkie swoje sprzęty do testowania. Mam nadzieję, że tak będzie jak najdłużej.

 

Druga sprawa, że warunki jazdy w naszym kraju przez ostatnie 15 lat zmieniły się diametralnie. Kiedyś policjanci zatrzymywali nas często po to, żeby porozmawiać, zapytać jakim motocyklem jedziemy, ile on kosztuje itp. Teraz liczą się dla nich tylko statystyki mandatów, a każdy kto pojedzie ostrzej na drodze publicznej traktowany jest jak przestępca. Nie chcę teraz tutaj bawić się w ocenę tej sytuacji – po prostu było inaczej.

Przez tych wiele lat jazdy myślałem, że jestem takim fantastycznie utalentowanym jeźdźcem i że nawet jak przeginam, to przecież ogarniam. Po latach doszedłem do wniosku, że mogło być różnie. Że mogłem parę razy do domu nie wrócić. Naprawdę dokładnie pamiętam kilka takich sytuacji. Umiejętności jakieś tam miałem, ale wg mnie to jednak one tylko w 1/3 zagwarantowały mi w sumie jednak bezwypadkowość (jakieś tam gleby były, ale w szpitalu ani dnia nie leżałem). Pozostałe 2/3 to SZCZĘŚCIE. Tylko i wyłącznie!

 

Każdego dnia wsiadając na motocykl pamiętajcie o tym, że nie wiecie ile szczęścia danego dnia ze sobą zabieracie. Im mniej będziecie go potrzebować, tym lepiej. Nie róbmy statystyk, nie przeginajmy, nie gińmy na drogach, bo absolutnie nikomu do niczego nie jest to potrzebne.

Powiązane materiały

POBIERZ WIĘCEJ
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści