Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Felietony Fenomen motorynki, czyli młodość w blokowisku Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Felietony

Fenomen motorynki, czyli młodość w blokowisku

Motorynka a właściwie Romet Pony pokoleniu obecnych 30-40 latków towarzyszył od zawsze. Na początku był przedmiotem zazdrości kolegów z podwórka. Tylko w taki sposób można było zaistnieć w blokowiskach. Jeśli udało się go „stuningować” naklejkami, koszykiem ze sklepu samoobsługowego oraz mini owiewką stawaliśmy się na osiedlu kimś „ważnym”.

Naprawiana w czeluściach blokowych piwnic, korytarzy czy nawet mieszkań (moja matka w pewnym momencie postawiła ultimatum: jeszcze raz zobaczy rozłożoną motorynkę na dywanie w „salonie” i ją sprzeda) stawała się podwaliną, pierwszym krokiem pod znajomość mechaniki i późniejszą motocyklową zajawkę.

 

Oczywiście szybko zbiliśmy się w grupę „terroryzującą” motorynkami osiedle. Pierwsze wspólne wyjazdy na pobliską polanę, stawy czy wokół osiedla. Bez prawa jazdy, z duszą na ramieniu. Ahoj przygodo, kto by myślał o konsekwencjach. W pierwszej połowie lat 90 towarzystwo przesiadło się na Syreny i brnęło dalej w auta, przerabiając niezliczoną ilość wybitnie zardzewiałych paździerzy na kabriolety, buggie i wszelkie wydumy, które ostatecznie kończyły w kontenerze na złom, albo porzucane na parkingach sąsiednich ulic.

Syreny miały swoje plusy (można było zrobić z nich melinę doskonałą w czasie deszczu – tutaj prym wiódł model Bosto), ale po dwóch, trzech latach wróciliśmy do motocykli. Jazda samochodem bez prawka, przeglądu i ubezpieczenia (nie było szans ich uzyskać, część pojazdów nie posiadała nawet papierów) nie miała sensu. A my chcieliśmy jeździć. Powróciliśmy więc do motocykli. Tym razem były to WSK, WFM, z czasem Dnieprów i Junaków, aż w końcu pierwszych Japończyków.

 

Lata leciały, ekipa coraz bardziej się wykruszała, ale serce zabiło szybciej, kiedy któryś z nas znalazł na strychu u dziadka zwłoki swojej pierwszej Motorynki. Sprzęt był zajechany, zdekompletowany i mocno skundlony, ale dwa lata pracy przywróciły „dyrndę” do życia. Kiedy ujrzała światło dzienne kolejny kumpel zakupił model zbliżony do swojego. I tak historia zatoczyła koło.

 

Dzisiaj Romet Pony bez względu na to, której generacji szybko znajdzie nabywcę. Cena jest mniej ważna od stanu i kompletności. Egzemplarze pierwszej generacji, z metalowym tylnym błotnikiem osiągają zawrotne ceny a odrestaurowane potrafią zbliżyć się do ceny nowej Hondy Monkey z posezonowej wyprzedaży. Ci, którzy przespali temat z zakupem Rometa za grosze mogą sobie „pluć w brodę”, jeszcze całkiem niedawno cena zadbanej sztuki nie przekraczała tysiąca złotych. Dzisiaj za tą kwotę w najlepszym wypadku zakupimy zdekompletowanego kundla wymagającego remontu, uruchomienia i nieposiadającego papierów.

 

Źródło: motobazar-prl.pl

 

W sumie nie ma się czemu dziwić. Pokolenie zainteresowane zakupem tego pojazdu ze względów sentymentalnych (a w zdecydowanej większości przypadków to podstawowy bodziec do zakupu klasycznego pojazdu) ma duże możliwości nabywcze. Z racji upływu czasu chętnie przeniesie się w swoją młodość. Motorynka to pojazd, który za sprawą swoje wszechstronności i sensownej konstrukcji będzie przekazywany z pokolenia na pokolenie na zasadzie „to był mój pierwszy pojazd, niech będzie pierwszym pojazdem mojego syna”.

Swoją drogą w moim odczuciu to jeden z niewielu produkowanych w czasach PRL, który był naprawdę udany.

Autor: Jakub Olkowski

Powiązane materiały

...
oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści