Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Felietony Dlaczego nienawidzę motocykli, część I Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Felietony

Dlaczego nienawidzę motocykli, część I

Motocykle to sama radość? Aaale bzdura! Dają więcej powodu do nienawiści niż komar brzęczący nad uchem w letnią noc. Są irytujące jak e-mailowe reklamy kremów na zwiększenie skoku tłoka. Poniżej moja subiektywna lista koszmarów związanych z jazdą jednośladem. Tfu, motocykle to tak skończenie odpychające pojazdy, że nie zmieszczę się w jednym odcinku!

Ciuchy

 

Na motocykl trzeba się ubrać. No po prostu trzeba i już. Prawne minimum jest akurat niezbyt wymagające - garnek na głowie (z prawa o ruchu drogowym), kawałek bawełny w okolicy “juwenaliów” (by nie obrazić publicznej moralności) - i tyle. Gorzej z fizyką i stosunkiem odporności na ścieranie asfaltu i ludzkiej skóry. Tenże stosunek nie patrzy na żadne przepisy, opinie, wolności osobiste i inne zasady, do których tak bywamy przywiązani. Jest arcydemokratyczny. Nie interesuje go, z jakiego pojazdu akurat spadasz, w jak długą podróż i w jakim celu jechałeś, ani jak gorąco jest na zewnątrz. Mnie osobiście zdjęcia powypadkowych wyrobów garmażeryjnych jak najbardziej przekonują, więc ubieram się zawsze i wszędzie. Pewną okolicznością łagodzącą upadek może być zalegający śnieg, ale zakładam, że wtedy znakomita większość i tak ubiera się porządnie bez zbędnego namawiania.

 

 

 

 

 

Proces ubierania się na motocykl potrafi doprowadzić do szewskiej pasji nawet pomnik Mickiewicza czy innego wieszcza, który to pomnik na co dzień jest raczej opanowany. Najpierw termoaktywka. Koszulka, legginsiki, obrzydliwie obcisłe, obrzydliwie dopasowane. Nie wchodzi, marszczy się, naciągasz, szczypiesz się przy tym i rwiesz włosy z nóg. Potem spodnie, wkładasz nogę w nogawkę, zahaczasz stopą o protektor kolana, plączesz sie w podszewce i kiedy docierasz w końcu do światełka w tunelu nogawki, okazuje się, że stopa i tak nie przejdzie. Nie odpiąłeś rzepa. Robisz to skacząc na jednej nodze, po trójskoku w coraz większym nachyleniu walisz skronią w kant jakiegoś mebla. Lecą pierwsze mocne słowa, krew z czoła miesza się z potem, jest coraz goręcej.

 

Ogarnąłeś spodnie, czas na buty. Kurde, jest lipiec, 32 stopnie, a ty wkładasz na nogi jakieś absurdalnie ocieplone relaksy za kostkę. Totalny dramat, kiedy są wiązane na sznurowadła, a ty bardzo lubisz postoje na stacyjce z obowiązkowym hotdożkiem i energetyczkiem - wiszący brzunio skutecznie psuje krew. Jeszcze kurteczka, regulacja tu i tam, wentylacje, rękawki, membranki, podszewki, ocieplacze… po piętnastu minutach walki, spocony jak dekarz w południe, w końcu wychodzisz. Po chwili wracasz, bo poranna kawa i fajek uruchomiły serię destrukcyjnych procesów, wymagających szybkiego pozbycia się większości odzieży. Obyś zdążył, nie każdy ma tyle szczęścia blisko domu.

 

Tak, ciuchy to zło, niedobro i największy dramat motocyklizmu. Zwłaszcza w obliczu kolejnego elementu, którym jest...

 

Bezbronność pogodowa

 

Powiedzmy sobie szczerze - bardziej pomylone, niespójne, zmienne i nieprzewidywalne niż polska pogoda są tylko polskie przepisy podatkowe i może jeszcze niektóre związki typu miłość. Polski klimat potrafi na dystansie 50 km zarzucić degustacyjną deską serów, półmiskiem wędlin, gorącą zupą i zimną płytą. Pełen przekrój możliwości szefa kuchni. Nigdy do końca nie wiesz, czy przywdziany z takim trudem strój nie zmieni się mokrą, zimną zbroję, która odchodzi od ciała wyłącznie razem z odmoczonymi i przemarzniętymi kończynami. Ewentualnie, czy nie stanie się piekarnikiem, w którym z wolna zamienisz się w pieczone prosię. Aż strach wziąć jabłko do ust. Są oczywiście skuteczne kombinezony przeciwdeszczowe, ale po pierwsze primo dokładają kolejną stację do drogi krzyżowej procesu ubierania się, po drugie do naszych rozważań kulinarnych dochodzi gotowanie na parze. Nie oddychają, ani ani…. Musisz zdać się na własne szczęście w hazardzie. Będzie bardzo dobrze, albo bardzo źle. Częściej to drugie, jak to w kasynie.

 

Pakuj się!

 

Rekreacyjne wyjazdy bez potrzeby zabrania bagażu nie zdarzają się zbyt często, chyba że podstawą twojej aktywności motocyklowej jest nocne latanie od świateł do świateł. Jadąc na każdą ciut dłuższą wycieczkę lub dojeżdżając do szkoły i pracy, zawsze musisz coś ze sobą zabrać: laptopa, książki, ciuchy na zmianę itp. I tu się zaczyna… to, co co do auta wrzucasz od niechcenia, na motocyklu staje się poważnym zadaniem logistycznym. Stosunkowo łatwo jest w skuterach - otwierasz schowek, upychasz towar, dogniatasz kolanem, po czym dociskasz siodłem i własnym odwłokiem. Twarde kufry większości motocykli pasują jak świni siodło, ponadto odstają na boki i w mieście unieruchamiają nas w korku, a poza miastem ograniczają prędkość maksymalną (wg zaleceń do 130 km/h). Prawdziwy dramat występuje w motocyklach nie wyposażonych w jakikolwiek system bagażowy. Dłuższa jazda z plecakiem to taka sama przyjemność jak randka z dziewczyną w obecności jej rodziców. Kombinujesz więc, jak to wszystko przytroczyć, do czego przyczepić naciągniętą do granic możliwości elastyczną siatkę, która w dodatku nie chce objąć zadanego tobołka. Naprawdę, będąc motocyklistą, który jednocześnie chce zadbać o walory praktyczne i estetyczne swojej maszyny, trzeba być trochę inżynierem, a trochę artystą. Na szczęście my Polacy jesteśmy mistrzami rzeźby.

 

Ciąg dalszy w kolejnym odcinku. Powyższy tekst to fikcja literacka. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych zdarzeń jest przypadkowe, ale całkiem niewykluczone.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści